Aktorka dzisiaj twierdzi, że zniknięcie było świadomym wyborem. - Otrzymywałam propozycje, ale one były raczej związane z pełnieniem na ekranie funkcji dekoracyjnej niż z poważnymi zadaniam - mówi DZIENNIKOWI Bożena Stryjkówna. Co dziś ją zajmuje? Pracuje w niewielkim teatrze, gdzie prowadzi zajęcia z młodzieżą i reżyseruje.

Po raz drugi w swojej karierze zabrała się Pani za reżyserowanie "Sztuki" Yasminy Rezy. Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?

Bożena Stryjkówna: To prawda, ale ta sytuacja jest wyjątkowa (śmiech). Minęło kilka lat od poprzedniej inscenizacji, ja się zmieniłam i świat wokół także. Tym razem spojrzałam na tematykę „Sztuki” od innej strony. Najważniejszy stał się dla mnie wątek przyjaźni łączącej trójkę głównych bohaterów. Uczucia, jakkolwiek banalnie to zabrzmi, podstawowego i wymagającego. W przyjaźni bowiem nie można stawiać zbyt wielu warunków. Dlaczego przyjaźnimy się z ludźmi, których znamy od kilkunastu lat? Dlatego, że nas nie zawiedli, bo łączy nas coś wyjątkowego, to znaczy wspólne doświadczenia. Pamiętam swoje rozmowy z emigrantami, którzy gdy byli już bardzo dojrzałymi ludźmi na obczyźnie nawiązywali nowe znajomości. Nie były to już jednak przyjaźnie, bo u ich podstawy nie leżała wspólna przeszłość.

Powiedzmy o dość ciekawej fabule spektaklu. "Sztuka" opowiada historię przyjaźni trójki mężczyzn, którą burzy stosunek do obrazu zakupionego przez jednego z nich.

Przyjaźnią się od kilkunastu lat, choć reprezentują różne środowiska. Jeden jest lekarzem-dermatologiem, drugi inżynierem, a ten trzeci to człowiek, który nie znalazł miejsca w życiu, wygłupiał się do 40-stki, ale w końcu musi się ustatkować, żeni się, zmienia pracę. Spotykają się co jakiś czas, są w bliskim, regularnym kontakcie. I nagle jeden z nich, być może w kryzysie wieku średniego, bardzo intensywnie zaczyna interesować się sztuką współczesną. Kupuje za niewyobrażalną sumę 200 tys. franków obraz – białe paski na białym tle…

...to zdarzenie zmienia wzajemne relacje trójki przyjaciół...

Tak. Dwóch z nich staje wobec wspomnianego obrazu i decyzji o zakupie podjętej przez ich przyjaciela. Nie są znawcami sztuki, ale konfrontują swoje wyobrażenia na jej temat z obrazem. To zaczyna ich różnić i rodzi rysy na ich przyjaźni. Yasmina Reza stawia pytania: Czy to nie jest irracjonalne, a jednocześnie prawdopodobne, że błaha decyzja może lec cieniem na przyjaźni? Czy nie jesteśmy za mało tolerancyjni? Dlaczego nie potrafimy przyjąć przyjaciela takim jaki on jest? Czy w przyjaźni należy drugą osobę kształtować według swoich wyobrażeń? Pisarka powiedziała, że interesują ją tylko ludzie dojrzali, dlatego, że ludzie młodzi zbyt są zajęci kreowaniem swojego wizerunku. Jej zdaniem dopiero z wiekiem stajemy się wolni. Przejawem tego jest m.in. kupno wspomnianego obrazu, które nie jest podyktowane tym, że wcześniej bohater nie mógł sobie na nie pozwolić, a tym, że właśnie teraz stanowi uzupełnienie jego osobowości. Pytanie brzmi: Dlaczego przyjaciele nie potrafią tego zaakceptować?

W Pani przypadku ponowne sięgnięcie po "Sztukę" także jest efektem większej dojrzałości?

W pierwszej realizacji, którą robiłam z Tomaszem Mędrzakiem większy nacisk był położony na funkcję sztuki współczesnej w świecie i na jej odbiór. Oczywiście motyw przyjaźni także tam był. Ale teraz, bardziej niż wtedy, interesuje mnie jak ci ludzie zmieniają się pod wpływem rzeczy bez znaczenia.

Czy w tym sporze staje Pani po którejś ze stron? Każdy z bohaterów prezentuje odmienny punkt widzenia. Reza bowiem pyta w "Sztuce" szeroko o problem: czym jest sztuka w ogóle, co jest artyzmem, a co nie?

W spektaklu nie chcę rozstrzygać czy ten obraz jest coś wart czy nie. Jedyne argumenty jakie tam padają, nie są argumentami merytorycznymi. Podstawą do określenia jego wartości jest fakt, że trzy obrazy tego malarza wiszą w Centrum Pompidou. Ale czy to naprawdę wystarczające kryterium? Sama nierzadko mam wątpliwości, czy to co widzę ma jakąś wartość. Nie mniej jednak uważam, że tego typu oceny mają zbyt osobisty charakter, by mogły o czymkolwiek przesądzać. To sprowadza się do pytania czy mamy dostateczne przygotowanie, żeby odbierać taką sztukę.

Pani zdaniem nie można zdefiniować pojęcia artysty czy dzieła sztuki, a mało tego, żeby się o to pokusić trzeba mieć odpowiednie wykształcenie?

Nie odważyłabym się powiedzieć, czy ktoś, kto nieoczekiwanie pojawił się w świecie sztuk plastycznych i zbulwersował opinię publiczną i krytykę jednym dziełem, jest prawdziwym artystą. Czy coś jest autentycznym dziełem sztuki, okazuje się po wielu latach. Fryderyk Chopin powiedział, że najlepszą cenzurą jest czas. Współcześni, zwłaszcza ci, którzy nie mają odpowiedniego przygotowania, mogą najwyżej powiedzieć, czy im się dzieło podoba, czy nie.

Dziś mamy takie programy jak "Mam talent". Tam nadaje się miano artysty lekką ręką. Pytanie tylko czy umiejętność stania na rzęsach można nazwać sztuką, czy opanowanie pewnej umiejętności do perfekcji jest sztuką?

W tej chwili dość łatwo nadaje się rangę artysty osobom, których jedyną zasługą jest częsta obecność w telewizyjnych show czy prasie brukowej. Dziwi mnie też, że po udziale w jednym serialu mówi się o kimś, kto właściwie przyszedł prosto z ulicy, że to jest aktor. A gdzie warsztat - przygotowanie teoretyczne i praktyczne, dokonania na polu zawodowym. Nie mniej jednak nie można oczywiście zapominać o wyobraźni czy kreatywności. One także są ważnymi elementami, które predestynują do bycia artystą.

W wywiadzie dla DZIENNIKA młody reżyser teatralny Igor Gorzkowski powiedział, że dzisiejszym nastolatkom brakuje cierpliwości i pokory. (czytaj: Igor Gorzkowski dla DZIENNIKA: "Warszawa to mały Nowy Jork")

Uważam, że rzeczywiście tak jest. Ten problem kilkakrotnie poruszała w swoich wypowiedziach Yasmina Reza. To znaczy, że młodzi ludzie bardzo szybko chcą osiągnąć wysoką pozycję, bo wydaje im się, że czas szybko ucieka i trzeba równie prędko zaznaczyć swoją obecność w świecie. Nie ma jednak nic za darmo. Trud poznawania każdego zawodu to proces wieloletni. To doświadczenia – dobre czy złe - kształtują nas jako artystów. Na pstryknięcie palców nikt się nim nie stanie. Choćby nie wiem jak starała się o to kolorowa prasa i TV (śmiech).

A jakie postawy Pani zdaniem są charakterystyczne dziś dla młodych ludzi?

Może zabrzmi to staroświecko, ale to co mnie zdumiewa to brak podstawowej wiedzy, którą młodzi ludzie powinni wynieść ze szkoły. Ta wiedza jest tylko hasłowa, służąca do rozwiązywania testów. Poza tym moje pokolenie wiedza posiadana przez nauczycieli dopingowała, by im dorównywać. Teraz młodym wydaje się możliwe odrzucenie wszystkiego, co było. Nowe nie może być jednak budowane w powietrzu, musi mieć solidny fundament.

Szefuje Pani ośrodkowi edukacji teatralnej działającym przy warszawskim Teatrze Ochoty. Dlaczego zajęła się Pani pracą z młodzieżą?

Młodzi ludzie trafiają do nas w wieku około 12 lat, a opuszczają, gdy mają lat 18. Obserwowanie rozwoju ich osobowości i kreatywności to dla mnie ogromna satysfakcja. Poza tym to niesłychanie odmładzające (śmiech). Głównie oczywiście w sensie artystycznym. Wyobraźnia młodych ludzi wielokrotnie zmusiła mnie do poszukiwania tematów, które by ich zainteresowały, a których nie zdecydowałabym się samodzielnie podjąć.

Wracając do inscenizacji. Poprzednia jej wersja była utrzymana w bardzo komediowym charakterze. Teraz też tak będzie?

Yasmina Reza napisała to przedstawienie jako sztukę poważną. I tak się spodziewała, że będzie ona odbierana...

...tak się jednak nie stało. I to nie tylko w Warszawie. Po paryskiej premierze powiedziała, że "Publiczność śmiała się od początku do końca. Słyszałam to ze swojej loży i miałam ochotę wyskoczyć przez okno!".

Ale to jest nieuniknione. Dlatego, że publiczność, która przychodzi do teatru niekoniecznie chce się odnosić do dyskusji na temat sztuki współczesnej. Ona jedynie ocenia tych ludzi. A są to sytuacje zabawne, które wywołują śmiech. Powód tego jest prosty - każdy z bohaterów reprezentuje inny typ człowieka, a na każdej sali teatralnej są tacy jak oni ludzie.

To tłumaczy popularność sztuki? Spektakl Rezy został przetłumaczony na 35 języków i wystawiony pod niemal każdą szerokością geograficzną.

Tak, dlatego, że ten temat dotyka każdego z nas. Bo to jest przede wszystkim temat przyjaźni, chociaż także stosunku do sztuki współczesnej, której większość ludzi nie do końca rozumie.

Niektórzy zarzucają tej sztuce ludyczność. Może to właśnie efekt niezrozumienia intencji autorki?

Myślę, że to oponowanie Rezy przeciwko rozbawieniu publiczności to trochę kokieteria z jej strony. Ona przez długi czas pracowała jako aktorka. Zna teatr bardzo dobrze. „Sztuka” to nie jest poważny dramat, lecz bardzo zręcznie napisana komedia na pewien temat, który ona miała w głowie i w sprawie którego chciała zająć stanowisko. Ale znając scenę i mając słuch do dialogów skonstruowała przedstawienie tak, że można odbierać je na różnych poziomach.

Co jest w takim razie tym gorzkim przesłaniem "Sztuki", o którym mówi autorka?

Że wszystko ma swoja cenę...

Chciałbym porozmawiać też o Pani karierze filmowej. W ostatnich latach nie pojawia się Pani w kinie. To świadomy wybór czy brak propozycji?

Na samym początku, tuż po "Seksmisji", to był świadomy wybór. Oczywiście otrzymywałam propozycje, ale one były raczej związane z pełnieniem na ekranie funkcji dekoracyjnej niż z poważnymi zadaniami. Zawsze szczególnie ceniłam sobie pracę na scenie. Gdy wtedy położyłam na szali te dwie formy artystycznej realizacji, okazało się, że w teatrze mogę zdziałać więcej.

Nie ma Pani poczucia, że zmarnowała popularność jaką dała Pani rola Lamii w "Seksmisji"?

Nie. Myślę, że to nie ode mnie zależało. Miałam ogromną satysfakcję z grania w tym filmie i popularności także. Ale to jest tak ulotne i kruche. Jestem doskonałym tego przykładem. Chociaż "Seksmisja", będąc jedną z najlepszych polskich komedii, jest wciąż chętnie oglądana i bawi do dziś.

Może to nie dobrze, że zagrała Pani w tak charakterystycznym filmie. Ta rola stała się dla Pani pewnego rodzaju pułapką.

Pewnie tak było.

Czy dziś ktoś jeszcze Panią rozpoznaje?

Jest to coraz trudniejsze, bo minęło 25 lat (śmiech). Ale oczywiście, zdarza się.

Jakie to są reakcje?

Różne. Czasami ludzie nie wiedzą skąd mnie znają, a czasami nie mają z tym problemu i mówią, że „Seksmisja” to ich ulubiony film i mogą go zawsze oglądać. To miłe.

Nie ma więc Pani do siebie żalu, że ten czas po filmie można było lepiej wykorzystać?

Nie.

"Seksmisja" to kultowy film. Co decyduje Pani zdaniem o nieprzerwanej sympatii widzów?

Zbieg różnych okoliczności - szczęście reżysera do scenariusza, obsady. Tak było w przypadku "Seksmisji" Machulskiego, to jest także podstawą sukcesu "Sztuki".

p

Współcześni młodzi reżyserzy nie potrafią kręcić komedii? To przecież idealny gatunek by połączyć dobre aktorsko kino z sukcesem kasowym.

W przypadku komedii trzeba mieć wyjątkowy słuch na rzeczywistość. To jest forma bezpośredniego połączenia ze współczesnym widzem. W komedii trzeba trafiać w punkt, do widza, który ją teraz ogląda, a on musi zareagować od razu, to musi w nim zabrzmieć. Jeżeli nie brzmi, to nie ma się z czego śmiać. Mówi się, że bawią nas tylko czyjeś kłopoty. To nie prawda. Uważam, że najlepiej się bawimy śmiejąc się z samych siebie.

Wielki powrót Stanisława Tyma - komedia "Ryś" okazała się jego wielką klęską…

Jest bowiem tak, że ten słuch na otaczającą rzeczywistość z czasem się niestety traci.

Czy gdyby dzisiaj Juliusz Machulski zaproponował Pani rolę w "Seksmisji 2" zgodziłaby się Pani?

Nie wiem. To zależałoby od scenariusza. Ale znam tylko jeden przykład, gdzie druga część była równie dobra, a może lepsza niż pierwsza. Mówię o "Ojcu chrzestnym" F.F. Coppoli.

Z warszawskim Teatrem Ochoty związana jest Pani od lat. Przeżywa on teraz trudny okres. Od miesięcy nie ma dyrektora. Część zespołu odeszła. Dlaczego nie zdecydowała się Pani założyć śladem np. byłego dyrektorem Tomasza Mędrzaka prywatnego teatru? To teraz dość modne.

Nie sądzę, żebym kiedykolwiek na to się zdecydowała. Nie mam takiej cechy osobowości, która jest do tego niezbędna. To znaczy nieprzeciętnej determinacji. Kierowanie teatrem nie rozgrywa się tylko na płaszczyźnie artystycznej. To skomplikowany proces pozyskiwania pieniędzy, organizacji pracy niemałej grupy ludzi. To mnie nigdy nie interesowało.