Dziennik Gazeta Prawana logo

Fremaux: Cannes to rewia sprzeczności

9 maja 2009, 21:15
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Pedro Almodóvar, Jane Campion, Marco Bellocchio, Ang Lee, Michael Haneke, Ken Loach, Gaspar Noe, Park Chan-wook, Quentin Tarantino i Lars von Trier - to tylko niektórzy reżyserzy, którzy będą walczyć o Złotą Palmę. Dziewięcioosobowemu jury przewodniczy francuska aktorka Isabelle Huppert, a Thierry Fremaux, dyrektor festiwalu, opowiada DZIENNIKOWI, jak wybiera filmy i dlaczego tak podoba mu się para Lars von Trier - Nicole Kidman.


Media przede wszystkim zwracają uwagę na aktorów, ale dla mnie od początku najważniejszy był reżyser. Czasem świadomie przeceniamy jego rolę, bo współczesny film jest dziełem autora zbiorowego. Kiedy na scenę wchodzi np. Brad Pitt, zawsze podajemy imię i nazwisko reżysera, w którego obrazie wystąpił gwiazdor.


Łączymy sprzeczności. Z jednej strony mamy ambitne kino autorskie, z drugiej wielki, czerwony dywan i obowiązkowe wieczorowe stroje na pokazach galowych. Jedna część widowni jest oburzona glamourem, druga narzeka na nudne filmy. Ale to właśnie te obie, z pozoru nieprzystające do siebie części stanowią o sukcesie tego festiwalu. Kino to zarówno film autorski, jak i świat wielkich gwiazd. Dlatego jurorami są często kontrowersyjni twórcy i znawcy kina, a na widowni zasiadają celebryci, na których polują reporterzy. Na festiwal przyjeżdża około 5 tys. dziennikarzy. Wielu z powodu czerwonego dywanu, plotek i gwiazd. Wszyscy muszą jednak napisać relację, a nigdy do końca nie wiadomo, kto zdobędzie Złotą Palmę. W 1999 r. zwycięzca, film "Rosetta" braci Dardenne, był pokazywany o godzinie 16 i wielu dziennikarzy ominęło tę projekcję. Od tego czasu krytycy mocno się pilnują, by zaliczyć wszystkie 20 filmów z głównego konkursu.


Ona istnieje od początku imprezy, która została powołana jako przeciwieństwo festiwalu w Wenecji, odbywającego się pod patronatem Benita Mussoliniego. To miał być głos demokratycznego świata przeciwstawiający się faszyzmowi. Otwarcie zaplanowano na 1 września 1939 r., a jej pierwszym prezydentem mianowano Louisa Lumiere’a. Wybuch II wojny światowej przesunął inaugurację o siedem lat.


W 2004 r. przewodniczącym jury został Quentin Tarantino, który w żaden sposób nie jest kojarzony z polityką. Podczas posiedzenia wygłosił credo: "Dla sztuki nie jest istotne, czy dany twórca jest lub był w więzieniu, czy jego rodzina została stracona przez jakikolwiek reżim", z którego wynikało, że nie wyobraża sobie, by na ocenę filmu mogła mieć wpływ jego wymowa polityczna.


Nie wiem, jaka atmosfera panowała podczas obrad jury. Ale po raz pierwszy w historii festiwalu wyniki konkursu zostały skomentowane przez Biały Dom. Dziś przeżywamy wielki kryzys ekonomiczny. W każdej chwili może dojść do zamknięcia wielkich zakładów pracy, ludzie wyjdą na ulicę. Czy wtedy mamy rozwinąć wielki czerwony dywan, przywdziać smokingi i udawać, że nasz filmowy świat jest wspaniały?


Festiwal w Cannes jest po to, by pomagać filmom i reżyserom. Rynek jest bezwzględny, bez pieniędzy nie zrobisz filmu. A żebyś mógł je zdobyć, producent musi cię zauważyć. Dlatego nawet w Cannes reguły gry są zabójczo proste: konkurs, czerwony dywan, sukces w mediach, a na koniec nieuchronne "poproszę kredyt na następny film".


Tak i nie. Tamta edycja festiwalu zbiegła się ze zwycięstwem w wyborach prezydenckich Francois Mitteranda, pierwszego od lat lewicowego prezydenta Francji. Wówczas poszła plotka, że to on poprosił, by wyróżnić film o lewicowym przesłaniu. To śmieszne, ale taką atmosferę stworzono wokół nagrody dla "Człowieka z żelaza". To był zresztą bardzo dobry rok z tak wybitnymi obrazami, jak "Misja", "Mefisto" czy "Rydwany ognia". Miały one wielu zwolenników i nie wszyscy z nich chcieli się pogodzić z werdyktem. Najłatwiej było przypisać wynik naciskom politycznym.


Nie mam pojęcia. W ubiegłym roku długo się zastanawiałem, czy do głównego konkursu włączyć "Gomorrę". To niełatwy film i do tego bardzo brutalny. W końcu właśnie ten obraz pokazaliśmy ministrom kultury państw Unii Europejskiej. Nie wiedziałem, jak go przyjmą, ale chciałem im uzmysłowić, że takie rzeczy dzieją się nie w Trzecim Świecie, ale w Neapolu, w środku sytej Europy. Pisano potem, że kino odchodzi od bajek, a filmowcy chcą być bliżej życia, prawdziwych problemów i emocji. Ale przecież o tym samym opowiadały filmy Roberta Rosselliniego, które powstawały po II wojnie światowej. To digitalizacja sprzętu zmieniła radykalnie współczesne kino, a nie nagłe pojawienie się nowych tematów. Dziś kręci się z myślą nie tylko o salach kinowych i telewizji. Tworzone są specjalne produkcje, których przeznaczeniem jest prezentacja w internecie czy na PlayStation. Nie można tworzyć realistycznego filmu, nie myśląc o odbiorcach wychowanych na CNN. Z drugiej strony pojawiły się zarzuty, że współczesne kino traci dawny romantyzm i na siłę pozbawia się blichtru. To odwieczna wojna między klasykami i modernistami. Mnie te dyskusje nie interesują.


Raczej za zdrowym rozsądkiem. Ze względu na postęp technologiczny powstaje coraz więcej filmów. Natomiast w konkursie od lat jest tyle samo miejsca. Jak wybrać te 20 tytułów? W tym roku zgłosiło swoje produkcje 30 reżyserów ze znaczącymi nazwiskami. Gdybyśmy dali szansę tylko połowie z nich, to zostałoby jedynie pięć miejsc na nowe twarze. Podczas selekcji nie możemy jednak wybierać najbardziej radykalnych propozycji. Nawet ci, którzy krytykują Cannes za czerwony dywan, po pięciu dniach oglądania trudnych filmów z ulgą przyjmują obraz, który ogląda się z przyjemnością. Tu glamour doskonale uzupełnia się z kinem autorskim. Jak w przypadku "Dogville" Larsa von Triera z Nicole Kidman. Takie połączenia są dla nas idealne.


Krytyk czuje się najbardziej potrzebny, kiedy tłumaczy, dlaczego nudny filmy nie jest nudny. On czuje, że takie filmy go potrzebują. Nie chce stracić pracy, więc musi codziennie udowadniać, że zna klucz do tłumaczenia innym, co jest sztuką, a co nią nie jest.


Poczynając od lat 30. ubiegłego wieku, Hollywood narzuciło pewien typ filmu. Przez długie lata widzowie byli przyzwyczajeni, że pokaz powinien trwać mniej więcej półtorej godziny, a film mieć linearną narrację. A teraz weźmy współczesne kino azjatyckie. Okazuje się, że ma ono inny od naszego rytm, inne poczucie czasu. W ubiegłym roku nawet przewodniczący jury Sean Penn, który jest obeznany z kinem światowym, poczuł się bezradny wobec filipińskiego "Serbis". Nie rozumiał go, a jednak urzekła go atmosfera, obrazy, brzmienie ścieżki dźwiękowej, nowe twarze, nieznajomo brzmiący język. Dlatego tak mi zależy, by pokazywać dokonania reżyserów wywodzących się z różnych kultur. Ich sposób odczuwania świata może wnieść całkiem nowe doświadczenie do kina. Skończyły się czasy, kiedy jeden reżyser wyznaczał przyszłość kina na kilka lat.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj