Później, w minioną niedzielę, "Walc" uznano za najlepszy obcojęzyczny obraz roku podczas ceremonii wręczenia Złotych Globów. Wtajemniczeni potwierdzają, że z Oscarem w tej samej kategorii też nie powinno być kłopotów.

W rezultacie całego zamieszania Folman dołączył do grona izraelskich autorytetów, do których dziennikarze z całego świata dzwonią, by uzyskać komentarz na temat bieżących wydarzeń w Gazie. I Folman komentuje zgodnie z oczekiwaniami międzynarodowych mediów: wojna to coś, czego nie można zrozumieć czy wytłumaczyć. Porównuje obecny konflikt z tym z 1982 r. W rozmowie z "New York Timesem" mówi: - Najazd na Liban był punktem zwrotnym w historii kraju. Zmienił relację między przywódcami a dużą częścią obywateli, którzy po raz pierwszy uświadomili sobie, że wojnę wypowiedziano wyłącznie z powodów politycznych - dodaje, nie pozostawiając wątpliwości, że dziś mamy do czynienia dokładnie z tym samym - rząd rozpoczął wojskową akcję na kilka tygodni przed wyborami parlamentarnymi, by zapewnić sobie poparcie militarystycznie nastawionej większości. Z kolei w rozmowie z "Dziennikiem" Folman odwołuje się do idei żywej w środowisku izraelskiej lewicy: wspólnego państwa żydowsko-arabskiego. - Wierzę w jedno państwo Żydów i Arabów. Wiem, że to koncepcja dość ekstremalna, lecz innego wyjścia nie widzę - stwierdza. Chodzi o państwo bez etnicznych podziałów, bez muru wokół Strefy Gazy, państwo, gdzie prawa obywatelskie mają zapewnione wszyscy deklarujący własną propaństwową lojalność, a nie tylko ci, którzy potrafią dowieść odpowiedniego rasowego pochodzenia.

Ale, o dziwo, tym razem podobne wypowiedzi nie są jedynie standardowym lewicowym moralizowaniem, tak częstym w czasie poprzednich izraelskich wojen. Ton debaty w Izraelu jest już inny niż choćby dwa lata temu - gdy komentatorzy nie zostawiali na rządzie suchej nitki po kolejnym konflikcie libańskim. Teraz nawet najwięksi ironiści i pacyfiści potrafią znaleźć wytłumaczenie dla walki z Hamasem. - Nie mogę usprawiedliwiać tego, że w Strefie Gazy giną niewinni. Jednak nie mogę także krytykować izraelskiej decyzji o ataku. Trzeba w końcu zrobić coś, by z Gazy nie leciały na Izrael hamasowskie rakiety - ocenia pisarz Etgar Keret, dotąd główny antywojenny prowokator. Na jeszcze wyraźniejszy gest zdecydował się znany i szanowany grafik starszego pokolenia Dawid Tartakower. Niedawno seryjnie przygotowywał pacyfistyczne plakaty, włączał się w obywatelskie protesty. Jednak przed ostatnimi świętami zaprojektował specjalną kartkę z życzeniami kończącymi się słowami: "A Hamasowi nie życzę wesołych świąt". W takim kontekście głos Folmana okazuje się coraz bardziej odosobniony, wręcz dziwaczny.

Kłopoty z pamięcią

Jednak trzeba przyznać, że reżyser ma dobre papiery, by trwać w swojej krytycznej postawie. Wojnę w 1982 r. przeszedł osobiście. Miał wtedy 19 lat, służył w wojsku. W czasie masakry w obozach dla uchodźców w Sabrze i Szatili pod Bejrutem (dokonanej na Arabach przez chrześcijańskich falangistów) znajdował się ze swoim oddziałem zaledwie kilka kilometrów dalej - i osobiście odpalał race, które oświetlały teren i pomagały w rzezi. "Nie wiedzieliśmy, co tam się dzieje. Otrzymaliśmy rozkaz odpalenia rac, więc je odpaliliśmy. Dopiero potem, gdy z obozu zaczęły w histerii uciekać kobiety, dowiedzieliśmy się, co się wydarzyło" - wspomina. Właśnie tamte doświadczenia stały się głównym tematem "Walca z Baszirem".

W sprawie masakry w Sabrze i Szatili przeprowadzono oficjalne śledztwo, które potwierdziło, że izraelscy żołnierze nie mordowali wówczas Arabów. "To fakty. BBC nakręciło nawet o tym głośny dokument. W tym wymiarze mój film nie oferuje nic nowego" - mówi Ari. "Nie zajmuję się też kwestią odpowiedzialności. Czy izraelski rząd ponosi współodpowiedzialność za rzeź? Wyniki śledztwa mówiły o odpowiedzialności pośredniej, jednak ja wspominam o tym wyłącznie mimochodem. Bo to nie jest mój temat" - dodaje. Rzeczywiście, podstawowym problemem "Walca" okazuje się coś innego - kwestia zbiorowej pamięci, tego, co Żydzi zapamiętali z pierwszej wojny w Libanie albo raczej tego, o czym w niej zapomnieli. "Walc" to film o społeczności dotkniętej specyficzną formą grupowej amnezji, a przez to niezdolnej do wyciągania nauki z historii.

Od rozpoznania amnezji wszystko się tu zresztą zaczęło. Folman: "5 lat temu kończyłem czterdziestkę, chciałem zostać zwolniony z wojskowej rezerwy. W Izraelu służba obowiązkowa trwa 3 lata, później co roku trzeba wracać na minimum dwutygodniowe ćwiczenia. Byłem tym zmęczony, miałem dość tych ćwiczeń. Zajmowałem się na nich głównie kręceniem filmów instruktażowych w stylu: <Jak uchronić się przed skutkami ataku jądrowego?>. Powiedziano mi: <OK, zostaniesz zwolniony, jednak najpierw musisz iść do wojskowego psychoterapeuty i opowiedzieć mu o swoich doświadczeniach z wojny>. Poszedłem. 40 sesji po dwie godziny. I nagle uświadomiłem sobie, że nigdy dotąd nikomu o tym nie mówiłem. Nawet rodzinie czy przyjaciołom. Zrozumiałem, że wyparłem tę historię z własnej pamięci i że teraz muszę do niej wrócić. Miałem kłopoty z przypomnieniem sobie poszczególnych zdarzeń, wielu rzeczy w ogóle nie pamiętałem, ale wyszedłem z terapii z gotowym pomysłem na scenariusz."

Powstał film hybryda: po części dokument, po części animowana fabuła. Głównym bohaterem jest sam Folman, do którego pewnego dnia nieoczekiwanie, pod wpływem opowieści przyjaciela, powracają obrazy kampanii libańskiej. Problem w tym, że to nie tyle wspomnienia, ile raczej oderwane od rzeczywistości wizje: Ari wychodzi w nich z morza i spaceruje pustymi ulicami Bejrutu. Skąd się wzięły? Jak je rozumieć? Folman zaczyna poszukiwania - rozmawia z terapeutami i dziennikarzami, odwiedza dawnych kolegów z wojska. Ci ostatni pamiętają może więcej niż on, ale po pierwsze w ich historiach jest jeszcze więcej fantazji niż w wizji Ariego, a po drugie nie mówią niemal nic o rzezi w Sabrze i Szatili. Jakby uczestnicy tamtych wydarzeń wymazali je ze swoich umysłów. "To nie zachowało się w moim systemie" - stwierdzają zgodnie. Folman prowadzi więc śledztwo dalej i w końcu dociera do prawdy. Ostatnie sekundy "Walca" to przełamanie konwencji, wychodzimy ze stylistyki efektownego filmu animowanego, w zamian zaś otrzymujemy dokumentalne migawki zarejestrowane nazajutrz po masakrze: zamordowani Palestyńczycy leżą bezwładnie, ostatnie ujęcie przedstawia głowę martwego dziecka. Tak jakbyśmy mieli w tym miejscu otrząsnąć się ze snu, ze złudzenia, przejrzeć na oczy: to wydarzyło się naprawdę, temu nie da się zaprzeczyć.

Zdjęcia do "Walca" rozpoczęły się dwa lata temu niemal równocześnie z drugą inwazją libańską. Czy Ari nie przeżywał wówczas deja vu? "Oczywiście. W czasie pracy miałem mocną depresję. Znów w telewizji i radiu słyszałem nazwy tych samych wiosek, tych samych miejsc, w których kiedyś byłem ja i moi rówieśnicy. Chociaż minęło 25 lat, kolejne pokolenie znowu szło tam po śmierć. To był kolejny dowód, że ten naród nigdy niczego nie zrozumie, nigdy nie wyciągnie nauki z historii."

Pokój musi się wydarzyć

A zatem jaka jest szansa dla Izraela? Zbiorowa wizyta w gabinecie psychoterapeuty? Co zaskakujące, Folman nie wierzy w to rozwiązanie. "Nie jestem miłośnikiem psychoanalizy. Sam ją przeszedłem, może nawet zbyt intensywnie. Problem z nią polega na tym, że w jej trakcie słuchasz tylko samego siebie. Czy w ten sposób można się czegokolwiek nauczyć, czy można się zmienić? Nie sądzę, by to był model, który pomoże rozwiązać izraelskie kłopoty" - mówi. Tej niewierze dał zresztą wyraz jako scenarzysta telewizyjnego serialu "In Treatment", gdzie główny bohater, wojskowy pilot, który przez przypadek zabił czternaścioro dzieci, mimo opieki terapeuty popełnia samobójstwo.

Zarazem Ari przyznaje, że pokazy jego filmu często przeobrażają się w grupowe seanse psychoterapeutyczne: "Wielokrotnie zdarzało się, iż po pokazie ktoś podchodził do mnie w foyer i ni z tego, ni z owego zaczynał wspominać własne przeżycia wojenne. Myślę, że to moc <Walca>: pomaga ludziom wrócić do przeszłości, wyciągnąć ją na światło dziennie i uporać się z nią."

Na razie jednak Folman porzuca przeszłość i rusza ku przyszłości. Właśnie kupił prawa do ekranizacji "Kongresu futurologicznego" Stanisława Lema. Ma z tego powstać film częściowo aktorski, częściowo animowany. Choć kto wie - może dla tego syna polskich Żydów, którzy przeszli łódzkie getto i Auschwitz, ekranizacja polskiej prozy także będzie zmierzeniem się z własną historią. Na pewno nie ucieknie od niej w najbliższym czasie: jego komórka wciąż dzwoni, wciąż zgłaszają się dziennikarze z prośbami o aktualne komentarze.

W zeszłym tygodniu mówił dziennikarzowi "The Boston Phoenix": - Nie nakręciłem filmu wojennego. Nakręciłem film antywojenny. Wojna nigdy nie jest rozwiązaniem, niezależnie od okoliczności. Od czasów II wojny światowej nie było żadnej wojny, której przy dobrych chęciach nie dałoby się zapobiec. W moim regionie dałoby się na pewno powstrzymać wszystkie wojny od wojny sześciodniowej.

A gdy dwa tygodnie temu dziennikarz "The Huffington Post" zapytał go, jak przerwać konflikt izraelsko-palestyński, odpowiedział: "Spójrz na to tak: zrobiłem swój film w dużej części za pieniądze producenta niemieckiego. A pochodzę z rodziny wymordowanej niemal w całości w czasach Holocaustu. Moi rodzice uratowali się jako jedyni ze wszystkich krewnych. To zdarzyło się 60 lat temu. I co? I nic. Było, minęło. Niedawno byłem na festiwalu w Sarajewie. Pomyśl o tym, co działo się tam 13 lat temu. A teraz żyją w pokoju. To daje nadzieję. I coś podobnego powinno w końcu wydarzyć się w Izraelu."