Steven Goldmann: Spotykamy się w Luizjanie, nad czym tu pracujesz?
Nicolas Cage: Kręcę film "Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans".

Czy to kontynuacja oryginalnego obrazu z Harveyem Keitelem?
To nie remake, to wersja "Złego porucznika" według Wernera Herzoga umiejscowiona w Nowym Orleanie. Jestem tu od trzech tygodni i mogę powiedzieć, że praca z Wernerem wygląda dokładnie tak, jak miałem nadzieję, że będzie wyglądać praca z człowiekiem niezwykłym. Bardzo chciałem tego spróbować. Wciąż poszukuję nowych doświadczeń i sposobów rozwoju. Najprostszą drogą, żeby to osiągnąć, jest mieć umysł otwarty na różne kraje, poszukiwać reżyserów z całego świata, myśleć globalnie i starać się pozwalać im cię udoskonalić, jeśli to tylko możliwe. Takie myślenie doprowadziło mnie do "Ostatniego zlecenia". Zdecydowałem się zagrać w tym filmie, była przede wszystkim okazja pracy z sławnymi braćmi Pang. Kolejnym powodem, dla którego zdecydowałem się w nim zagrać, było to, że jako chłopiec widziałem dokument "Endless Summer". Mój ojciec mi go pokazał. Biali surferzy ze swoimi deskami lecieli z Kalifornii do Afryki i uczyli tam czarne dzieciaki, jak surfować. Wiedziałem wtedy, choć byłem bardzo młody, że to właśnie czyniło film ciekawym. W tym tkwił dramatyzm, rdzeń opowieści. Od tej pory ciekawiły mnie filmy, w których następuje zderzenie różnych grup ludzi - różnych społeczności, ras, kultur. Bardzo lubię "Czarny deszcz" z Michaelem Douglasem. Pomyślałem, że może w przypadku naszego filmu jest szansa zrobienia czegoś takiego. Jestem w tym filmie jedynym białym facetem. Pomyślałem, że to stworzy rodzaj dynamizmu.

Bliźniacy z Chin rzeczywiście mają wyrobioną markę. Opowiedz o pracy z nimi.
Przypominam sobie spaghetti westerny z Clintem Eastwoodem w reżyserii Sergio Leone i wspominam, jak te filmy odmieniły Clinta, jednocześnie zastanawiając się, jak dzisiaj aktor mógłby czegoś takiego dokonać w środku swojej kariery. Dlatego chciałem pracować z braćmi Pang. Ich propozycja była o tyle ciekawa, że robili remake własnego filmu. Oryginał powstał nie tak dawno, ale postanowili nakręcić obraz raz jeszcze. Chcieli mieć w obsadzie filmu amerykańskiego aktora. Zwrócili się do mnie, a ja pomyślałem, że mógłbym szczerze zagrać tę rolę, że potrafiłbym przekazać uczucie izolacji bohatera w azjatyckim kraju - białego człowieka w Azji. Próbuje się jakoś tam odnaleźć i niespodziewanie się zakochuje, nie wiedząc, dlaczego się to stało w jego życiu pełnym brutalności i przy jego okrutnym zawodzie. Mój bohater zostaje uwiedziony przez Tajlandię, zarażony jej mistycyzmem, czy też egzotycznym pięknem. To koresponduje z rzeczami, które zdarzyły się w moim własnym życiu.

Co zdarzyło się w twoim życiu?
Moja żona jest Azjatką, żyjemy w wielokulturowej rodzinie. Staramy się zrozumieć wzajemnie przekonania i potrzeby swoich rodzin, ich kulturę, żeby znaleźć drogę do harmonii. Przyciągają mnie role, w których mogę wyrazić własne doświadczenia. Pomaga mi to wejść w rolę, zamiast ją "odgrywać". W przypadku "Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans" odwołałem się np. do wspomnień z młodości, kiedy byłem świadkiem tego, jak gliniarze nadużywają swojej władzy. Wszyscy wiemy, że są gliniarze, którzy noszą odznaki jako rodzaj maski ukrywającej ich nadużycia. Wielu z tych typów lubi znęcać się zwłaszcza nad młodymi ludźmi. Chciałbym to wydobyć na światło dzienne, ale to będzie inny film.

Na twoim koncie jest długa lista nadchodzących projektów i filmów, które czekają już na premierę. Zastanawiam się, skąd ta pracowitość?
Tak mnie wychowano. Zwłaszcza rodzina ze strony mojej matki. O Coppolach powiedziano już bardzo wiele, dlatego uczciwie byłoby, gdybym rzekł, że rodzina ze strony matki miała taki sam udział w tym, co przyczyniło się do stworzenia mnie. Jej rodzice - moi dziadkowie z jej strony - byli ludźmi bardzo ciężko pracującymi. Oni naprawdę harowali. Pamiętam, że kiedy byłem czterolatkiem, pracowali nieustannie. A jednak zawsze mieli też czas dla nas.

Pracując nad tyloma projektami naraz, nadal to lubisz?
Tak, bo… nie interesuje mnie powtarzanie w kółko tego samego. Poszukuję coraz to nowych i coraz bardziej abstrakcyjnych sposobów wyrażenia tego, jaką przeżywam gorączkę, kiedy gram. Odkryłem, że najlepszym sposobem znalezienia kontaktu z widownią, a jednocześnie zachowania określonego poziomu abstrakcji, jest science fiction. Kiedy czytam Williama Blake’a albo oglądam jego obrazy, albo patrzę na obraz któregoś z amerykańskich mistrzów iluminacji jak Martin Johnson Heade, widzę, jak operują światłem… Oni nie malują tego, co widzą, tylko na płótno przelewają własną impresję rzeczywistości. Wznoszą się na poziom abstrakcji. Jak ma to oddać aktor? Według mnie jedyną drogą jest science fiction, z jego wszystkimi szaleństwami technicznymi i umownością.

Wróćmy do "Ostatniego zlecenia" i pracy w Tajlandii. Ciągnęło cię tam, zanim zaczęliście kręcić?
Nie, dopóki tam nie przyjechałem. Kiedy jednak byłem już na miejscu, Tajlandia mnie oczarowała, a zwłaszcza Tajowie. W ich kulturze jest tyle szacunku i honoru. Czas, jaki poświęcają na przejście ulicą czy przez hall hotelowy, żeby wszystkich pobłogosławić, to coś fenomenalnego. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Patrzą ci prosto w oczy, pozdrawiają, składają ręce i się kłaniają. Tak witają każdą osobę. Nie ma znaczenia, z jakiej jesteś klasy, ani jaką masz pozycję. Byliśmy tam podczas próby wojskowego przewrotu. Nie wiedzieliśmy, co się wydarzy. Ktoś z biura króla przyniósł mi żółtą koszulkę z insygniami królewskimi. Przyjąłem ten podarunek i wiedziałem, że oznacza coś ważnego. Kiedy próba przewrotu upadła, nosiłem tę koszulkę. Wiedziałem, że nikt nie będzie śmiał zrobić czegokolwiek osobie noszącej królewskie kolory i symbole. To dotyczyło każdego. Możesz wybrać się w najniebezpieczniejsze miejsca w takiej królewskiej koszulce i jesteś tam kuloodporny. Nie tkną cię nawet.

Bycie świadkiem przewrotu wojskowego to nie przelewki.
Nie miałem pojęcia, że ma się zdarzyć przewrót wojskowy. Była pierwsza w nocy i pewien ekspert od broni powiedział nam, co się dzieje. Pierwsze o czym pomyślałem, to mój syn, żona i teść, którzy byli w tym czasie w kraju. Pomyślałem, że muszę ich stamtąd zabrać. Dosłownie zszedłem z planu, wsiadłem w jedną z takich małych łódek i popłynąłem w górę rzeki do hotelu. Bracia Pang spojrzeli na mnie i powiedzieli: "Przecież to w końcu >>Bangkok Dangerous<< (oryginalny tytuł filmu - red.)". Nic nie odpowiedziałem, po prostu odszedłem. Poszedłem prosto do hotelu. Na ulicach były czołgi. Obudziłem wszystkich i zawiozłem ich na lotnisko. Wsiadłem z nimi do samolotu, polecieliśmy do Seulu, zostawiłem ich tam, a sam zawróciłem na lotnisko i wróciłem do Tajlandii i to od razu na plan filmowy. Jednak było to coś, czego bym się wcześniej nie spodziewał. Trzy dni nie spałem, bo próbowaliśmy nakręcić jakieś sceny.

Skończysz 45 lat za…?
45 lat skończę 7 stycznia. Możesz w to uwierzyć? Mówię tak, odkąd skończyłem 15 lat.

Masz jakieś pomysły w związku z tym przełomem?
Inaczej niż większości ludzi, mnie odpowiada dojrzewanie. Naprawdę. Bardzo na to czekam. Jeszcze tego nie osiągnąłem, ale kiedyś nadejdzie czas, że spodoba mi się gorszy wygląd. Oglądam zdjęcia Salvadora Dali w jedwabnym szlafroku w otoczeniu tych tub… Jest w tym coś pięknego.