Egipscy muzycy zamiast do centrum kultury arabskiej w Petah Tikva trafiają do Bet Hatikva - zapadłej dziury pośrodku pustyni, gdzie nie tylko nie ma żadnego centrum kultury, ale w ogóle niewiele jest. Na szczęście jest niewielka restauracja, której właścicielka Dina próbuje pomóc zagubionym Egipcjanom. Funduje im posiłek, a potem oferuje nocleg u siebie i swych przyjaciół. Z ciągu zwyczajnych scen, pozornie nieefektownych mikrozdarzeń Kolirin wydobywa szlachetną prostotę. Ujmującą, nawet jeśli odrobinę przekombinowaną. Dyskretna inscenizacja dawać ma złudzenie naturalności. I to się akurat nie do końca udaje, bo wrażenie podglądania rzeczywistości Kolirin usiłuje osiągnąć, posiłkując się konwencjonalną dezynwolturą przywodzącą na myśl poetykę Akiego Kaurismakiego wraz z unoszącym się w próżni duchem emocjonalnej ascezy.

Aseptyczność świata niespecjalnie jednak w oglądaniu przeszkadza. Bo Kolirin jak Kaurismaki potrafi ze sztuczności wydobyć coś autentycznego. Najzwyklejszą ludzką prawdę. Opowiadając o arabsko-izraelskich stosunkach, unika jak ognia polityki. Zamiast tego wspomina, jak to kiedyś izraelskie ulice pustoszały, gdy na jedynym kanale nadawane były egipskie filmy z Omarem Sharifem. „Przyjeżdża orkiestra” pokazuje jak obcość, wzajemna wrogość odziedziczona po nieustannych izraelsko-egipskich wojnach zamienia się w porozumienie, świadomość podobieństwa problemów i doświadczeń. Właściwie tym, co zbliża egipskich przybyszów do żydowskich prowincjuszy stają się wspólne rozczarowania, klęski, tęsknoty. Apodyktyczny dyrygent, który ze swojej winy stracił żonę i syna. Niemłoda, ale wciąż atrakcyjna i głodna lepszego, bardziej światowego życia kobieta wikłająca się z nudów w beznadziejne romanse. Niespełniony klarnecista nie mogący dokończyć komponowanego od lat koncertu. Zakompleksiony młodzieniec chorobliwie nieśmiały wobec dziewczyn i niepoprawny kobieciarz korzystający z każdej okazji do podrywu na stare piosenki Cheta Bakera. Wszystkich ich znacznie więcej łączy niż dzieli, czegoś się nawzajem od siebie uczą. Uprzedzenia okazują się mniej ważne niż ludzka niedoskonałość.

Na szczęście Kolirin nie sadza swych bohaterów przy okrągłym arabsko- żydowskim stole i nie każe przy pomocy prymitywnego angielskiego dogadywać mapy drogowej rozwiązania problemu palestyńskiego. Nie znosi wszystkich barier, nie unieważnia lęków. Nie dotyka spraw wielkich i ostatecznych, nie moralizuje, ale z delikatnym humorem rozgrywa upozowane na autentyk życiowe drobiazgi rozpięte między uniwersalnością a poczuciem kulturowej tożsamości. Bawią w tym filmie pozornie banalne sytuacje, obyczajowe qui pro quo. A przy okazji udaje się przemycić garść nienachalnie optymistycznych wniosków. Może niezbyt odkrywczych, ale po ludzku prawdziwych. Być może nie naprawią świata, ale coś ciekawego jednak o nim mówią.

"Przyjeżdża orkiestra" (Bikur Ha-Tizmoret)
Izrael 2007; reżyseria: Eran Kolirin;
obsada: Sasson Gabai, Saleh Bakri, Ronit Elkabetz, Khalifa Natour;
dystrybucja: Kino Świat; czas: 87 min.
Premiera: 21 listopada