Lawrence Grobel to mistrz wywiadów. Choć pracuje od początku lat 70., jak twierdzi, wciąż denerwuje się przez spotkaniem ze słynnym rozmówcą. - Trema pozwala być przygotowanym na każdą ewentualność - mówi. Kolekcjonuje pierwsze wydania książek. "The Muses are Heard" Trumana Capote’a z autografem autora, z którym Grobel miał szczęście się przyjaźnić, to jeden z najcenniejszych elementów w jego zbiorze

Ewelina Kustra: Ukrył pan kiedyś dyktafon przed swoim rozmówcą i nagrywał go podstępnie?
Lawrence Grobel: Marlon Brando długo się ze mną woził i nie pozwalał mi nagrywać. Dostawałem szału. Ze trzy dni chodziłem z nim na spacery, opowiadał mi niesamowite historie, o porachunkach z mafią w czasie kręcenia "Ojca chrzestnego", ręce miałem spocone, pytałem, czy mogę włączyć dyktafon, a on: "Aaaa, uspokój się, zapomnij o tym". Jak miałem zapomnieć?! No, ale po kryjomu nie chciałem nagrywać, uważałem, że to nieetyczne, zdradzieckie wobec rozmówcy. Na dodatek nie chciał w ogóle wracać do raz opowiedzianych historii, nawet jeśli nawiązywał do jakiegoś wątku, zawsze nieoczekiwanie pojawiał się jakiś nowy element. Byłem trochę podłamany. Pewnego dnia, gdy siedzieliśmy przez jego domem na wyspie Tetiaroa na Tahiti, patrzyliśmy na zachód słońca i Marlon zaczął opowiadać, że mu to przypomina wyprawę do Maroka i spotkanie z pewną kobietą - włączyłem dyktafon bez pytania. Nie ukrywałem go, tylko bezszelestnie położyłem maszynkę między nami. Nic nie powiedział.

Z Alem Pacino też miał pan przejścia.
Al miał mieszkanie na Piątej Alei przejął po Candice Bergen i nigdy nie usunął z drzwi tabliczki z jej nazwiskiem. Więc już od progu, gdy szedłem do niego na rozmowę, byłem trochę zmieszany. Otworzył mi niewielki, strasznie zdenerwowany facecik. Usiedliśmy w malutkim pokoiku. I kiedy już chciałem włączyć dyktafon, on poderwał się na równe nogi. "Czy moglibyśmy z tym trochę zaczekać?" - poprosił. Od razu wyczułem, że jeśli teraz mu ulegnę, to będę tak czekał, nigdy się nie doczekam i zostanę z niczym. Zaproponowałem więc, że włączę dyktafon, ale odłożę go gdzieś na bok, tak żeby nie był widoczny. Zapomnimy o nim i będziemy swobodnie rozmawiać.

Zgodził się?
Powiedział tylko:"Mam nadzieję, że wiesz, co robisz". Chciałem usiąść wygodnie w fotelu w kącie. I wtedy bum! Fotel się pode mną załamał! To na tyle rozładowało atmosferę, że już potem poszło w miarę gładko. Gorzej było z Lucille Ball. Kiedy czekałem na nią, a ona schodziła na spotkanie po stromych schodach, najpierw zobaczyłem jej wspaniałe nogi. W przeszłości była tancerką i mimo słusznego wieku prezentowała się wciąż znakomicie. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy rozmawiać. Szybko oprzytomniałem i włączyłem dyktafon, ale żeby jej nie drażnić i nie przerywać, ustawiłem go dyskretnie, tak że zza rozłożystego bukietu nie mogła go widzieć. Po prawie godzinie ona wpatruje mi się w oczy i z powagą mówi: "Albo ma pan najlepszą pamięć na świecie, albo jest pan niezłym obibokiem. Nie robi pan żadnych notatek, ciekawe jak pan odtworzy to, co mówię". Gdy powiedziałem jej o dyktafonie, była mocno zdziwiona. Ava Gardner też nie była fanką dyktafonu, nie pozwalała się nagrywać. Ale po wywiadzie z nią zabrałem papierosa, którego paliła. Jest na nim jej DNA! Kolejną rozmówczynią, która też miała alergię na samą myśl o rejestracji swojego głosu, była Mae West. Trzymałem dyktafon pod stołem, żeby nie drażnił jej wzroku. Ale była świadoma jego istnienia.

Ma to znaczenie, czy pan nagrywa, czy robi notatki?
Raczej nie. Dziś dyktafony są małe, po chwili się o nich zapomina. To bardzo dobre dla rozmówcy, pozwala się odprężyć, a mnie zachować z nim kontakt, bo niczego nie zakłóca machanie długopisem i kartkami. Ale cały czas nerwowo łypię okiem i sprawdzam, czy guzik nagrywania się świeci. No i nigdy bym nie zrobił tak jak pani - nagrywając tylko na jeden dyktafon, miałbym przez cały czas stan przedzawałowy. Ma pani drugi? Błagam, proszę włączyć. Bo ja dwa razy nieźle się naciąłem. Raz, na początku kariery, gdy w latach 70. robiłem wywiad z asem lotnictwa Slimem Hennicke. W przerwie na lunch zobaczyłem, że chociaż taśma cały czas się kręciła, nic się nie nagrało, bo bateria była za słaba. Miałem farta. Kupiłem nowe baterie i zagadnąłem go: mówił mi pan o tej ciekawej historii o skoku z samolotu. Podjął temat i opowiedział mi ją jeszcze raz. Byłem uratowany. Drugą wpadkę zaliczyłem w czasie wywiadu z reżyserem Stephenem Frearsem. Spóźniłem się i na dodatek okazało się, że dyktafon nie działa. Nie mogłem się przecież przyznać, to nieprofesjonalne. W czasie przerwy zamiast na obiad poleciałem do sklepu z elektroniką i kupiłem nowy dyktafon. Od tamtej pory zawsze noszę dwa. I uzależniłem się od robienia kopii twardego dysku twardego komputera po tym, jak w kosmos wystrzeliło mi 20 stron tekstu biografii rodziny Houstonów, nad którą wtedy pracowałem. Rozpłakałem się z bezsilności. Musiałem wszystko odtworzyć. Koszmar. Słyszałem, że T.E. Lawrence też przechodził przez podobne męki, kiedy w czasie zamieci śnieżnej wiatr wyrwał mu z rąk rękopis "Seven Pillars of Wisdom". Miałem lepiej, on musiał napisać od nowa całą książkę!

Kłamie pan czasem po to, żeby wyciągnąć jakieś sensacyjne informacje od rozmówcy?
Niektórzy twierdzą, że wszystkie chwyty są dozwolone, żeby tylko napisać potem z tego jak najciekawszą historię. Ja raczej nie posuwam się do kłamstwa, często za to mówię o seksie z mężczyznami. Fajnie się jest pochwalić jakimś wyczynem na tym polu, to wprowadza atmosferę komitywy. Zresztą często zdarza się przecież, że w czasie kilku lub kilkunastu spotkań nawiązuje się bliższe relacje z rozmówcą. Z Warrenem Beattym na przykład. No więc naginam te swoje przygody czasem, za nic się nie przyznaję, że większość z nich miała miejsce grubo ponad 30 lat temu. Ale nie chciałbym, żeby ktoś złapał mnie na kłamstwie, bo to prędzej czy później wychodzi na jaw i trudno potem wypracowaną przyjaźń odbudować. Gdy miałem 15 lat, spodobała mi się jedna dziewczyna. Miała 18 lat, więc nakłamałem jej, że jestem 19-letnim studentem Princeton. Żeby zrobić na niej wrażenie, przechwalałem się np., jak to świetnie jeżdżę samochodem. Gdy parę tygodni później zadzwoniła do mnie zapłakana, że umarł jej ojciec, i prosiła, żebym podrzucił ją na pogrzeb, odmówiłem, ale nigdy nie przyznałem się dlaczego. Podjąłem jednak wtedy decyzję, że koniec z kłamstwami w moim życiu.

Przyłapał pan kiedyś któregoś ze swoich rozmówców na ubarwianiu rzeczywistości?
To się zdarza. Czy odkryłem nieprawdziwe informacje? Tak. Czy skonfrontowałem z nimi gwiazdę? Nie.

Celebrities stawiają czasem pana w kłopotliwej sytuacji?
Z Dolly Parton i jej zespołem jeździłem autobusem podczas ich tournee. Gdy w Zachodniej Virginii wylądowaliśmy w motelu, wciąż świetnie nam się rozmawiało i Dolly zaprosiła mnie do swojego pokoju. Zamówiła tacę owoców i przy niej siedzieliśmy do trzeciej nad ranem. Słynęła z uwielbienia dla historii o duchach, a ja miałem ich sporo w zapasie, bo przez trzy lata mieszkałem w Afryce, w Ghanie. Nikomu z nas nie chciało się spać. Moglibyśmy tak gadać i gadać. I wtedy roześmiana Dolly poklepała łóżko obok siebie i mówi: "Larry, chodź tutaj". Byłem jak sparaliżowany. Nie chciałem psuć atmosfery, ale powiedziałem: "Dolly, jeśli znajdę się tam koło ciebie, to nie ręczę za to, co mogę zrobić potem. Lepiej więc, jeśli zostanę na kanapie". Na szczęście się uśmiała.

Z Barbrą Streisand też było gorąco.
I nie tylko dlatego, że rozmawialiśmy przy kominku. Na początku myślałem, że nigdy do tego wywiadu nie dojdzie, bo Streisand życzyła sobie podpisania przeze mnie stosu papierów, które dawałyby jej prawo do redakcji wywiadu, wprowadzenia w nim dowolnej liczby poprawek itp. Nie chciałem się na to zgodzić i prawie się pokłóciliśmy. W końcu jednak odpuściła i zaczęliśmy normalnie rozmawiać. Wyciągnąłem długopis, żeby zanotować jakieś nazwisko, które wspomniała, i wtedy ona sięgnęła po ten długopis i wymownie zaczęła gładzić mi palce. Myślałem: "Chryste, co tu się dzieje?". Do niczego nie doszło, choć łatwo było jej gest zinterpretować na swoją korzyść. Rozmowa udała się świetnie i była przełomem w mojej karierze. Warren Beatty często opowiadał o tym, że wiele dziennikarek przychodziło do niego na wywiad w jednym celu. Lubił to wykorzystywać.

Na Uniwersytecie Kalifornijskim prowadzi pan zajęcia ze sztuki wywiadu. Czy radzi pan studentkom i studentom używania seksapilu do stworzenia lepszej atmosfery w czasie wywiadu?
Oczywiście. Jeśli to może rozmówcę odprężyć, a my dzięki temu uzyskamy lepsze informacje - jak najbardziej. Ale zawsze dodaję, że dalej nie warto się posuwać. A przynajmniej nie do czasu ukończenia artykułu...

Z jakimi reakcjami po publikacji swoich tekstów spotyka się pan ze strony rozmówców?
Zrobiłem ostatni wywiad z Henrym Fondą. Przeczytałem gdzieś o tym, że w dzieciństwie jego syna Petera napadło trzech kolesi, którzy przykuli go do jakiegoś ogrodzenia, symulując ukrzyżowanie. Chciałem zapytać go o reakcję jako ojca. A on wypalił: "Nic takiego nie miało miejsca. Peter to pieprzony kłamca!". Nazwanie tak syna to raczej poważna sprawa, szczególnie że Henry rzadko tak się wysławiał. Nasz wywiad ukazał się w "Playboyu". Kilka dni później dostałem od Henry’ego Fondy list, w którym podziękował za udaną rozmowę i dodał, że żałuje tego, co powiedział o swoim synu, ale uznał, iż miałem pełne prawo wykorzystać ten cytat. Z Barbrą Streisand było trochę komplikacji. Dzwoniła w środku nocy i mówiła: "Wiesz, to, co powiedziałam o swojej matce, wyrzućmy to". Nie zgodziłem się. Można powiedzieć pewne rzeczy "off the record", ale trzeba to wyraźnie zaznaczyć. Potem nie biorę udziału w żadnych pertraktacjach, bo to podważa zasadność mojej pracy. Niektórzy w czasie rozmowy bardzo się pilnują - Liz Hurley sama przychodzi z własnym dyktafonem i nagrywa wywiad zgodnie z zaleceniem prawnika.

Czy ktoś z rozmówców pana rozczarował?
Meryl Streep. Chodzi jednak raczej o otoczkę wywiadu. To było, gdy kręciła "Ze śmiercią jej do twarzy". Była 6 rano, dotarłem na plan. Do tej roli Meryl wymagała wielogodzinnej charakteryzacji. Trudno o nawiązanie głębszego kontaktu, gdy koło kogoś kręci się mnóstwo osób, ktoś ma ciągle zamknięte oczy i odpowiada półgębkiem, bo właśnie coś mu przyklejają do twarzy. Miałem wrócić kolejnego dnia, bo wtedy udało nam się stworzyć naprawdę mało materiału. Jej agentka nigdy jednak nie odebrała mojego telefonu. Opublikowałem to, co miałem, ale byłem trochę zniesmaczony.

Jest ktoś, kto ciągle odmawia panu wywiadu pomimo usilnych zabiegów z pana strony?
John Updike. Powiedział mi: "Moje słowa to wszystko, co mam. Mogę im ufać. Ale nie mogę ufać pańskiemu użyciu moich słów". Musiałem to uszanować.

Gdybym była gwiazdą, której mógłby pan teraz zadać jedno pytanie, jak by ono brzmiało?
Czy jest pani Żydówką?