Magdalena Michalska: Komiksy i filmy o "Lucky Luke’u" to dla wielu osób jedno z milszych wspomnień z dzieciństwa. Pan też się na nich wychował?
Jean-Marie Olivier: Kiedy byłem dzieckiem, w moim domu często czytało się komiksy. Na moje dzieciństwo przypadła pierwsza animacja o "Lucky Luke’u" ("Daisy Town" z 1971 roku, u nas wprowadzane pod tytułem "Dzielny szeryf Lucky Luke" - red.), ale mój ojciec był staroświecki i w sprawach oglądania telewizji przez dzieci bardzo restrykcyjny. Jego zdaniem nawet rozrywka musiała mieć walory edukacyjne. Wolno więc było czytać komiksy, ale oglądanie kreskówek było zakazane. Z komiksami zresztą też nie było tak łatwo - "Lucky Luke" i "Asterix" przeszły przez jego cenzurę, bo francuski w tych komiksach był dla ojca na wystarczająco dobrym poziomie, ale wielu książek nie wolno nam było czytać, bo ich język był jego zdaniem niepoprawny. Można powiedzieć, że wychowałem się na "Lucky Luke’u", bo tylko to wolno mi było czytać.

Jak człowiek tak wychowany trafił do przemysłu animowanego? Chodziło o bunt przeciwko ojcu?
Nie, nie chodziło o to. Przecież nie mógł mi całe życie rozkazywać i w końcu na własna rękę poznałem "zakazany świat" (śmiech). Pod koniec lat 90. zrobiłem telewizyjną bajkę "Oggy", która była we Francji dużym przebojem. Dzięki temu dopuszczono mnie do realizacji serialu na podstawie jednej z naszych narodowych świętości - "Nowe przygody Lucky Luke’a". To też na tyle się podobało, że zaproponowano mi film pełnometrażowy, a w dodatku dano mi wolność - mogłem odejść od klasycznej animacji Lucky Luke’a i wprowadzić do niej pomysły, które sprawdziły się przy "Oggym".

Nie bał się pan przerabiania takiej, jak sam pan mówi, świętości?
Najbardziej zaskakuje mnie, że francuskie dzieci wciąż chętnie sięgają po klasyczny komiks o Lucky Luke’u. On jest przecież taki staroświecki! Jestem człowiekiem telewizji, tam ciągle trzeba pracować nad czymś nowym, wymyślać, proponować, walczyć. Jak się przeszło chrzest bojowy w telewizji, to nic już nie jest straszne, nawet bezczeszczenie Lucky Luke’a. Zresztą moje głowa jest tak napakowana popkulturowym chaosem, że pewne rzeczy robię bezwiednie, np. to, że kręcąc kreskówkę dla dzieci, ciągle wtrącam jakiś przerywnik dla dorosłych: tu zbliżenie na biust tancerki, tam ukłon w stronę mojego ukochanego Bustera Keatona. Przy "Lucky Luke’u" najbardziej poszalałem przy muzyce - w filmie znalazły się odniesienia do "2001: Odysei kosmicznej", westernów Sergio Leone, a nawet motyw z "Mostu na rzece Kwai". Strach pomyśleć, co bym zmalował, gdybym miał większy budżet...

A przecież "Lucky Luke na Dzikim Zachodzie" kosztował zaledwie 12 mln euro. To mało jak na współczesną animację. Amerykanie wydają na swoje produkcje co najmniej 60 mln dolarów. Trudno było dopiąć wszystko za tak małą sumę?
Mały budżet powoduje, że trzeba w animację włożyć więcej pracy. Nie mamy tyle sprzętu ani tylu ludzi co Pixar czy DreamWorks, ale pracujemy przy użyciu tych samych technologii. Czy masz 10 czy 100 milionów, robienie kreskówki wygląda zawsze tak samo - komputer i figurki. Może podczas naszej produkcji był większy bałagan niż u Amerykanów. Co nie znaczy, że ich nie lubię. Chętnie oglądam kreskówki Pixara. Choć wśród swoich mistrzów wymieniałbym raczej Japończyków.

Nie zastanawiało pana nigdy, dlaczego jeden z czołowych komiksów francuskich, napisany przez Francuza i Belga, opowiada o kowboju z Dzikiego Zachodu?
Mnie się to też wydaje dziwaczne (śmiech). Ale jeszcze dziwniejsze wydaje mi się, że Amerykanie to akceptują. No bo jak to - znienawidzeni przez nich Francuzi robią sobie jaja z ich narodowego dziedzictwa, Indian, kowbojów i tego wszystkiego! Na szczęście wszyscy są u nas na tyle przytomni, by uznawać Asteriksa, a nie Lucky Luke’a za dzieło ponad dzieła.

Pan zostawił sobie wentyl bezpieczeństwa z tym naśmiewaniem się z Amerykanów. "Karawana", komiks, na którym oparty jest pana "Lucky Luke", opowiada o podróży uchodźców z Europy do kalifornijskiej ziemi obiecanej. Mało tu kowbojów, za to dużo kolorytu ze Starego Kontynentu.
Przecież nie można się aż tak narażać! Jednego kowboja w europejskim filmie Amerykanie przełkną, ale francuski western, w dodatku animowany, mógłby już nie przejść (śmiech). Teraz mamy na głowie Europejczyków, którzy będą wkurzeni, jak stereotypowo ich potraktowaliśmy.

A dlaczego Lucky Luke przestał palić?
Rzucił 10 lat temu! Rozumiem, jak to rozczarowało dorosłych widzów, którzy przywykli do widoku kowboja z papierosem. Oczywiście można udawać, że problemu nie ma, milczeć o tym, jak o zakazie palenia we francuskich knajpach. Ale ja postanowiłem być dzielny i stawić czoło problemowi - stąd wzięła się w filmie scena, w której wódź indiański rozmawia z Lucky Luke’m o rzucaniu palenia, a zamiast fajki pokoju zgromadzeni przy ognisku wymieniają plasterek nikotynowy. Ale serio, Morris (autor serii - red.) nie chciał, by jego bohater przestał palić. To był wymóg amerykańskiego wydawcy, który nie chciał wpuścić komiksu promującego palenie na swój rynek… Morris nie raz robił żarty na ten temat - mój ulubiony to rysunek przedstawiający Luke’a ze źdźbłem trawy w ustach, który na pytanie, czy trudno rzucić palenie odpowiada, że najgorsze jest żucie tego zielska. Jego usta były narysowane tak, że coś w nich musi być - bez papierosa wyglądał jak kretyn. Ale wytłumacz to Amerykanom!

p

Jak animowano Dziki Zachód

Choć komiks o Lucky Luke'u obchodzić będzie w przyszłym roku 60. urodziny, a od czasu nakręcenia pierwszej animacji o dzielnym kowboju minęło lat blisko 40, w tej opowieści wciąż tkwi spory potencjał. Także nowy film w reżyserii Oliviera Jean-Marie zarówno dla młodych widzów, jak i wiernych fanów Lucky Luke'a będzie przyjemną niespodzianką.

Niby nie powinno być to zaskoczeniem, komiksowa seria aż roi się od zabawnych postaci - wystarczy wspomnieć czterech siejących grozę nieudacznych bandytów, braci Daltonów, rezolutnego wierzchowca Jolly Jumpera czy wyjątkowo tępego psa Bzika. Dynamiczne historyjki skrzące się zabawnymi dialogami (zwłaszcza w albumach, do których scenariusze pisał współtwórca "Asteriksa" Rene Goscinny), pełne ironicznych nawiązań do kultury, historii i ikonografii Dzikiego Zachodu, są wszak gotowym materiałem na scenariusz. I dopóki trafiały na małe i wielkie ekrany jako filmy animowane, wszystko było w porządku. Wystarczy jednak spojrzeć na to, co zrobili Lucky Luke'owi autorzy wersji fabularnych - dzielnego kowboja grali w nich Terrence Hill (1991) oraz Til Schweiger (2004) - by zadrżeć na samą myśl o kolejnym filmowym występie komiksowego bohatera. Na szczęście Jean-Marie wiedział, za co się zabiera. Wcześniej nakręcił całkiem przyjemny serial telewizyjny o Luke'u, wykorzystał więc swoje doświadczenie i znacznie większy budżet, by jeszcze raz ożywić na ekranie kowboja, Daltonów i Bzika, i wysłać ich w niebezpieczną wyprawę wszerz Ameryki.

Oparty na albumie "Karawana" (w oryginale opublikowanym w 1964 r.) film opowiada historię wyprawy emigrantów z Europy Wschodniej, którzy z Nowego Jorku wyruszyli na Zachód, by osiedlić się w "raju na ziemi", obiecanym im przez niezbyt uczciwego bankiera pana Złotko. Przybysze zza oceanu będą mogli rozpocząć na miejscu nowe życie, jeśli tylko przebędą pełną niebezpieczeństw trasę w ciągu 80 dni. Wiadomo, że przebiegły Złotko nie zamierza do tego dopuścić, na dodatek do karawany przyłączają się Daltonowie, którzy przypadkowo ukryli w jednym z wozów skradzione z nowojorskiego banku pieniądze. Jedyną osobą, która może rozwiązać wszystkie problemy, jest rzecz jasna Lucky Luke.

Olivier Jean-Marie nawet nie udaje, że w dziedzinie filmu rysunkowego, hmm, odkrywa Amerykę. Chętnie korzysta z doświadczeń swoich poprzedników i nowoczesnych rozwiązań, zgrabnie łącząc kreskówkową tradycję z animacją komputerową. "Lucky Luke na Dzikim Zachodzie" jest oczywiście produktem skrojonym na potrzeby współczesnej dziecięcej widowni - liczy się więc przede wszystkim to, żeby było szybko, dosyć głośno i raczej slapstickowo. Jednak francuskiemu reżyserowi udało się przy tym nie zatracić ducha komiksowego oryginału. Znalazło się tu także miejsce na w miarę błyskotliwe dialogi, kilka nienachalnych mrugnięć okiem do dorosłego widza (stąd choćby aluzje do spaghetti westernów Sergio Leone) i wprowadzenie znanych z komiksów postaci i rekwizytów. Nie ma tu tak nieznośnej w większości hollywoodzkich produkcji dydaktyki ani patosu. I żeby nie było wątpliwości - "Lucky Luke na Dzikim Zachodzie" to nic wielkiego. Ot, kolejna solidna animacja, która przejdzie przez ekrany bez większego echa. Ale wyprawa do kina z kilkuletnim synem, który właśnie marzy o tym, żeby w przyszłości zostać szeryfem/Daltonem/wodzem Indian, nie będzie czasem straconym.

"Lucky Luke na Dzikim Zachodzie" (Tous a l'Ouest: Une aventure de Lucky Luke)
Francja 2007; reżyseria: Olivier Jean-Marie;
dystrybucja: SPI; czas: 90 min
Premiera 7 listopada