Współczesny Bond jest jak najbardziej ludzki - z przeciwnikami bije się na pięści, łatwo go zranić i nie wszystkie kobiety mdleją na jego widok. O znaczeniu najsłynniejszego brytyjskiego agenta w popkulturze, kulisach produkcji i źródłach jego przemian rozmawiamy z Andrzejem Żuławskim.

ANITA ZUCHORA, FILM: Ma pan osobisty stosunek do serii filmów o Jamesie Bondzie?
ANDRZEJ ŻUŁAWSKI*:
Nie, nie mam do nich stosunku osobistego, ale zaraz, nie. Jednak mam. Przecież jedna z moich kobiet, Zośka, zagrała w filmie o Bondzie.

Czyli oglądał pan "Bondy". To było ciekawe doświadczenie z czysto filmowego punktu widzenia?
Nie mam jakichś wspomnień związanych z jednym tytułem. "Bondy" dzielę raczej na okresy ze względu na aktorów, którzy go grali. Dobrze wspominam filmy z Seanem Connerym. Był Anglik Roger Moore, jeszcze Pierce Brosnan. W jednym filmie przewinął się Australijczyk George Lazenby. I jako że ci, którzy zajmują się filmem zawodowo, lubią być przekorni, dziś twierdzą, że on był najlepszym Bondem. Ja w to mocno wątpię, bo on wyglądał jak szafa, a grał jak polano. Wszystkie te filmy traktuję jako całość - zlały się dla mnie w taką popmitologię.

Tutaj muszę się cofnąć, bo ja "Bondy" kojarzę głównie z zimną wojną amerykańsko-sowiecką, czyli akcją Zachód kontra Imperium Zła, oraz z wybuchem ogromnej popularności pisma "Playboy". Te dwie rzeczy zogniskowały się w serii o agencie 007. Oczywiście - "Playboy" w sensie sybarystyckiego podejścia do przedmiotów, w tym do kobiet, przez niebojących się niczego panów w wytwornych smokingach. Muszę przyznać, że od kiedy zimna wojna się skończyła i ten moment w popkulturze i cywilizacji Zachodu się skończył - na szczęście zresztą, Bond przestał mnie bawić. Nie bawił mnie już Roger Moore, który grał to, że ma poczucie humoru. A przecież jednym z najmilszych wspomnień z filmów o Bondzie jest ich śmieszność.

W tych dawnych filmach z czasów zimnej wojny najciekawszymi bohaterami byli źli, nie tak przewidywalni jak sam Bond…
Zawsze robiło na mnie wrażenie, że tych złych grają naprawdę świetni aktorzy. Choćby Klaus Brandauer czy Gert Froebe. I znajdowali w tym dla siebie jakąś zabawną satysfakcję. Inteligencja starszego pana Alberta Broccoli - teraz filmy o Bondzie produkuje jego córka Barbara - polegała właśnie na tym, że Bondowi, który z filmu na film stawał się coraz bardziej bondowski i sztampowy, przeciwstawiał bardzo różnorodnych i interesujących złych. To było źródłem napięcia. Tak samo z rolami kobiecymi. Jak wiadomo, w tych filmach zazwyczaj są dwie kobiece role. Jest tak zwana dziewczyna, co znaczy, że musi mieć duży biust, i jest wróg. I Zośka zagrała tę drugą. To jedyna rola kobieca, którą warto tam grać. Najwspanialszym wrogiem 007 w jednym z pierwszych "Bondów" była Rosa Klebb - zagrała ją genialna teatralna niemiecka aktorka Lotte Lenya. Miała takie buty z wysuwanym sztyletem. Dzisiaj z tego, co wiem, negatywni bohaterowie w "Bondach" są mniej oryginalni.

Ale za to sam Bond staje się coraz mniej bondowski. Już w poprzednim odcinku został obdarzony życiem duchowym, jakimiś głębszymi przeżyciami, a w nowym filmie "Quantum of Solace" jest tego jeszcze więcej. Taki upsychologizowany Bond podoba się panu bardziej?
Cały świat psychologizuje. A kino jest tylko odbiciem tego, co się dzieje w świecie. Tamte "Bondy" były inne, bo świat był inny. Myśmy mieli ciut bardziej uproszczoną wizję świata. Jeśli moim wrogiem jest komunizm, to mój świat w jakiś sposób się upraszcza. Kiedy komunizm znika, to ja się drapię po głowie i zastanawiam, kto jest właściwie moim wrogiem i w jakim stopniu. Czy teraz bank jest moim wrogiem? A może Kaczory? Wszystko się rozdrabnia. W ten sposób nie stajemy się bardziej prości, czyli weselsi, ale bardziej skomplikowani, czyli ponurzy. A Bond razem z nami.

A co z męskością Bonda? Kiedyś ociekał testosteronem, dziś ma być bardziej androgyniczny.
Nie przesadzajmy. Ta męskość Bonda zawsze była jakaś podejrzana. Albo raczej: była zabawna i ani przez chwilę nie można jej było traktować w innych kategoriach niż zabawowe. To jest żart na temat tego, jak różni Dyziowie na świecie mogą sobie męskość wyobrażać. Przy czym ja nie jestem Dyziem, a szczerze się z tego śmiałem. Bo - o, to jest dobre słowo - bondowska wizja jest sympatyczna.

Ale właśnie ostatnimi czasy chyba coraz mniej. Bond staje się mroczny, niejednoznaczny. Czy wyobraża pan sobie, że z czasem może dojść do zamiany miejsc i to Bond zostanie tym złym?
Nie wyobrażam sobie. I wcale nie dlatego, że to jest nie do pomyślenia, bo pewnie jest, ale dlatego, że przyszłość Bonda jest mi, że tak powiem, obojętna. Nie jestem jego reżyserem ani producentem. Ale oczywiście widzę, jakie są trendy. Głównym problemem "Bondów" jest to, że to z założenia nie są to filmy dla młodych widzów. Co pewnie trochę boli producentów. Pozostają dorośli, którzy wciąż poszukują godziwej rozrywki, i trochę przez nostalgię, a trochę dlatego, że sami smutnieją coraz bardziej, identyfikują się z tym coraz mroczniejszym Bondem. Powiedziałbym, że nowsze "Bondy" nadążają za starzeniem się swojej widowni. Więc pewnie wszystko jest możliwe.

A może jeśli do tego dojdzie, Bond stanie się po prostu filmem artystycznym. Już teraz Broccoli wybrali do kręcenia nowej części reżysera filmów arthouse’owych - Marca Forstera…
A to ciekawe pytanie. Wprawdzie nie wiem, kto to jest pan Forster, ale wiem, kim są państwo Broccoli. A, wiem, on zrobił film "Marzyciel" o J.M. Barriem. Bardzo mi się ten film nie podobał. Tak potwornie nie chciał powiedzieć całej prawdy o tej postaci: o jego stosunkach z dziećmi i z tą wariatką, ich matką. Taki obły, mdły i nieprawdziwy. I tak jak uwielbiam Johnny’ego Deppa, tak w tym filmie zupełnie mnie nie przekonał. W zatrudnieniu przez producentów tego Forstera nie doszukiwałbym się jakiś znaczeń - pewnie wzięli go, bo potrzebowali pozbawionego wyrazistości reżysera, który podporządkuje się ich wymaganiom.

Trudno się z nimi pracuje? Poznał ich pan osobiście…
Poznaliśmy się, gdy, jak wspominałem, matka mojego młodszego synka Wincentego grała w "Świat to za mało". Filmy o Bondzie kręcone są wyjątkowo długo, miałem więc okazję nieźle poznać twórców i przyjrzeć się temu, jak pracują. To są filmy wyłącznie producenckie, tam naprawdę reżyser nie ma nic do powiedzenia - musi wykonywać rozkazy. Pamiętam, jak ten biedak, Michael Apted, nie zdradzę tu chyba żadnej tajemnicy, bo przecież to było już dawno temu, usiłował w pierwszych dniach zdjęć wykombinować coś bardziej artystycznego. Od razu został tak potwornie opieprzony, że położył uszy po sobie i nie próbował robić interesujących ujęć. Robił wszystko tak, jak kazali, pod dyktando. Tak więc: kręcą długo, tresują reżyserów i oczywiście bardzo dużo to kosztuje.

Za każdym razem więcej - "Quantum of Solace" już 230 mln dol.
Ale tak ma być. To jest hollywoodzki sznyt. Za czasów von Stroheima, w latach 20., na tym wzgórzach w Los Angeles, gdzie dzisiaj są wielkie litery "Hollywood", pojawiały się napisy: "Wydał już tyle i tyle". I im więcej wydawał, tym bardziej to elektryzowało publiczność i całe przedsięwzięcie wydawało się bardziej interesujące. To jest spirala absurdu. Z tym że my mamy tak mało przyzwyczajeń, mitów, że jednak może dobrze, że taki Bond jest. Choć muszę przyznać, że "Gwiezdne wojny" są bardziej interesujące. Do tego Bond jest już trochę przestarzały. Ciągle go wyciągają z trumny i otrzepują jakimś nowym aktorem. Niestety, efekty tych zabiegów stają się śmiertelnie - to dobre słowo - poważne, więc jeszcze nie do końca wiadomo, co się z nim w końcu stanie.

*Andrzej Żuławski, reżyser filmowy, autor m.in. "Trzeciej części nocy", "Diabła" i "Opętania"