Niespełna dwa tygodnie temu, 4 sierpnia, minęła 76. rocznica premiery pierwszego w historii kina filmu o zombi. „White Zombie” (1932) w reżyserii Victora Halperina otworzył niekończący się pochód żywych trupów przez kinowe ekrany. Przez osiem dekad ten specyficzny podgatunek horroru zaowocował sporą liczbą filmów interesujących, przełamujących schematy, wprowadzających nową jakość do kina grozy. Paradoksalnie warto jednak pamiętać także o całej masie obrazów dziwacznych, szokujących nie tyle nagromadzeniem krwawych efektów specjalnych, ile bezdenną głupotą ich realizatorów. Dla wszystkich, którzy chcieliby poznać coś więcej niż klasyczne horrory George’a A. Romero, przygotowaliśmy krótki przegląd zombi egzotyki.

Zaczęło się na Haiti

Nieśmiertelną fascynację zjawiskiem zombi zawdzięczamy etnograficznej książce Williama B. Seabrooka „Magiczna wyspa” opisującej mistyczne rytuały Haiti. Po jej publikacji pod koniec lat 20. ubiegłego wieku w świadomości ludzi Zachodu zaistniało wudu. Sztuka wskrzeszania i kontroli umarłych, rzekomo opanowana przez karaibskich kapłanów, zainspirowała także hollywoodzkich filmowców. Ci z kolei mocno przyczynili się do zdemonizowania wizerunku haitańskiej religii, która od tej pory nieodmiennie kojarzona będzie z czarną magią i nekromancją.

Aż do czasów „Nocy żywych trupów” (1968) Romero zombi były zazwyczaj kontrolowane przez wszelkiego rodzaju czarnoksiężników, szalonych kapłanów i naukowców, względnie kosmitów. Czasem – jak w „Królu zombi” (1941) – przez nazistów. Dopiero Romero uczynił z potworów to, co możemy najczęściej obserować w kinie – żądne krwi kanibalistyczne monstra, funkcjonujące jedynie dzięki instynktowi. Nowy schemat spodobał się tak bardzo, że zombi zaczęły powstawać ze swoich grobów nie tylko w studiach hollywoodzkich i wyspecjalizowanej w horrorach brytyjskiej wytwórni Hammer Films. Plaga żywych trupów opanowała większą część świata.

Wojna trwa

W znakomitej książce „Wojna zombie” Max Brooks (syn słynnego komika Mela) opisywał potyczki ludzi z żywymi trupami. O ile jednak w powieści kampania zakończyła się względnym sukcesem, w kinach od lat wojna zombi trwa, a kolejne państwa co roku wysyłają do walki swoje oddziały.

Już w latach 70. i 80. gatunek został zdominowany przez Włochów i Hiszpanów. Ostatnio do akcji wkraczają nie tylko twórcy z Półwyspu Iberyjskiego (recenzowany poniżej „[REC]”), ale także Brytyjczycy („28 dni później”, „Wysyp żywych trupów”), Irlandczycy („Martwe mięso”, „Zombie Genocide”), Grecy („To kako”) i Francuzi („Les revenants”). Posiłki nadciągają z dalekiej Azji: Tajlandii („SARS Wars”) i Japonii („Tokio Zombie”), a nawet z antypodów (australijski „Zombie z Berkeley”). Specyficznie do tematu podchodzą też Kanadyjczycy. Niedawno ukazał się na DVD „Fido” – utrzymana w pastelowo-kiczowatej tonacji filmów z lat 50. komediowa opowieść o próbie kontrolowania truposzy, którzy dzięki specjalnej obroży mogą wykonywać proste czynności. Oczywiście do czasu, gdy obroża się nie zepsuje, a pomoc domowa nie pożre swojego właściciela... Także w Kanadzie powstał krótkometrażowy „Zombie Jesus!”, w którym Zbawiciel wraca na ziemię i organizuje własną armię ożywieńców. Jego twórca nie osiągnął jednak poziomu swojego amerykańskiego kolegi, który w obrazoburstwie poszedł o krok dalej. W krótkometrażówce „Beaster” Jezus zmartwychwstaje trzy dni po ukrzyżowaniu jako żądny krwi potwór, a jedyną osobą, która może go powstrzymać, jest Poncjusz Piłat.

Wszędzie zombi

Filmy o Jezusie zombi mogą znajdować się na szczycie listy dziwacznych horrorów, ale konkurencję mają sporą. Zwłaszcza lata 70. i 80. to okres największego rozkwitu filmów niewiarygodnie wprost kuriozalnych. Peter Dendle, autor „The Zombie Movie Encyclopedia” wyróżnia nawet specyficzne podgatunki, wśród których znalazły się horrory o zombi podwodnych, nazistowskich i zakonnych.

Duchowym patronem tych wszystkich monstrów jest najgorszy reżyser w historii kina – legendarny Edward Wood Jr. i jego osławiony „Plan 9 z kosmosu” (1958), w którym zwłoki ożywiane są przez kosmitów za pomocą „długodystansowych elektrod”. Jego następcy – podobnie jak sam Wood, nieświadomi swojego beztalencia – w kolejnych dekadach niejednokrotnie udowodnili, że chwytliwy pomysł można wepchnąć do wszystkiego. Czasem – niestety – dosłownie, co udowodnił Aristide Massaccesi, realizując film „Erotic Nights of the Living Dead”, łączący horror z softporno. Po latach włoski reżyser doczekał się chyba godnego siebie następcy. Jay Lee, twórca niskobudżetowych filmów grozy, błysnął ostatnio produkcją o wymownym tytule „Zombie Strippers!”, do której zatrudnił m.in. gwiazdę porno Jennę Jameson. Na odrobinę erotyki postawił też japoński debiutant Yokei Fukuda, który przeniósł na ekran popularną grę komputerową „Oneechanbara” (2008). Jej bohaterka to odziana w bikini (względnie minispódniczkę) kowbojka walcząca z hordami żywych trupów za pomocą samurajskiego miecza. Na specjalne wyróżnienie zasługuje jednak dzieło twórcy ukrywającego się pod pseudonimem Lowell Mason. Nie za jakość filmu, bo to po prostu Romerowska „Noc żywych trupów” z podłożoną nową ścieżką dźwiękową, ale za najdłuższy tytuł w historii horroru (a pewnie i w dziejach kinematografii w ogóle): „Night of the Day of the Dawn of the Son of the Bride of the Return of the Revenge of the Terror of the Attack of the Evil, Mutant, Alien, Flesh Eating, Hellbound, Zombified Living Dead Part 2: In Shocking 2-D”. Przyjemność tłumaczenia tego monstrualnego tytułu pozostawię jednak wszystkim zombi fanom.