Zacznijmy, jak to się mówi, od Adama. Od początku: przyjechałeś do Hollywood z Australii. Prześladowały cię stereotypy dotyczące Australijczyków?

Heath Ledger: Głównym źródłem błędnego obrazu Australii jest łowca krokodyli Steve Irwin i „Krokodyl Dundee”. Przez nich Australia kojarzona jest jednoznacznie: szorty khaki, ciężkie buty, czerwony piasek i biegające wszędzie kangury. Może 200 lat temu tak właśnie było, ale od kiedy zastrzeliliśmy wszystkie kangury i wymordowaliśmy autochtonów, trochę się zmieniło. Mamy duże miasta, telewizję, dzieciaki kochają muzykę, chodzą do kina. Jesteśmy bardziej cywilizowani.

Czy „Łowca krokodyli” (???) jest dla Australijczyków obciachowy?

Bardziej popularny był w Stanach. „Łowca...” jest pełen stereotypów, ale mimo całej swojej naiwności, jest zabawny. Tak jak dla Amerykanów „Jerry Springer Show”. Reszcie świata się wydaje, że Ameryka jest właśnie taka – przychodzicie do programu i wywlekacie swoje brudy.

A co powiesz o „Fosters – po australijsku znaczy piwo, koleś”? („Fosters – it’s Australian for beer, mate” – slogan reklamowy piwa Fosters – red.)

To kolejne nieporozumienie. W żadnym barze w Australii nie znajdziesz Fostersa. Nie wydaje mi się nawet, żeby to była australijska firma. Wypiłem w życiu może dwa Fostersy, przy czym pierwszego w Los Angeles. Australijczycy śmieją się, że piwo którego nigdy w życiu nie pili, jest reklamowane jako uosobienie Australii.

Pomówmy w takim razie o typowych dla Australijczyków cechach...

Historia Australii to po części historia Neda Kelly. Kolonie karne, trudne warunki, a przez to twardy charakter i trzeźwe spojrzenie na życie.

A co z „robieniem sobie z wszystkiego jaj”?

To takie rozdmuchiwane przez prasę zjawisko, które nazywa się Tall Poppy Syndrom (skłonność do krytykowania ludzi, którzy odnieśli sukces). Na każdego znajdzie się sposób. Jeśli jesteś zbyt pewny siebie, zostaniesz zmiażdżony. Jeśli odniosłeś sukces, będziesz szybko sprowadzony na ziemię. Doświadczyłem tego osobiście. Kiedyś, w programie Jaya Leno opowiedziałem historię, która wydarzyła się w moim rodzinnym mieście, Perth. Była o mężczyźnie, który stał w wodzie głębokiej na trzy stopy i został przegryziony na pół przez rekina. Jay jest komikiem, więc zaczął się trochę wygłupiać i robić sobie z tego jaja. A w Australii, gdzie nikt nie widział tego programu, prasa pokazała zdjęcia, jak macham rękami i naśladuję tego nieszczęśnika. Zostało to odebrane w ten sposób, że znieważyłem gościa, któremu przydarzyła się tragedia. A ja przecież nigdy nie śmiałbym się z czegoś takiego.

A gdzie poczucie humoru?

Australijczycy mają bardzo ironiczne poczucie humoru. Są sarkastyczni, lubią nabijać się z amerykańskich sitcomów. Pamiętam, że kiedy na początku w Stanach zdarzało mi się żartować, ludzie mnie totalnie nie rozumieli, brali moje dowcipy na serio.

Czy w takim razie bezczelny charakter i nieufność wobec władzy to cechy narodowe?

Zdecydowanie tak. Myślę, że gdzieś po drodze system bardzo zawiódł Australijczyków i to spowodowało wielką nieufność. Ale ma to też zabawne strony. Mamy specyficzne poczucie humoru wobec kryminalistów. Jak na przykład Chopper. Napadał na ludzi, ale jest bohaterem, występuje w reklamach. Ludzie wyjęci spod prawa są w Australii w pewien sposób podziwiani. To właśnie kocham w moim kraju.

Co takiego podoba ci się w nieposłuszeństwie?

Przez całe wieki ludzie byli przez władze traktowani jak niewolnicy, byli manipulowani, zmuszani do myślenia w określony sposób. Mimo to zdarzają się tacy, którzy się temu sprzeciwiają, ustanawiają własny system wartości, sposób życia i myślenia. Nie podporządkowują się. I ja to podziwiam.

Czy ty też żyjesz w taki sposób?

Od zawsze. Już będąc dzieciakiem, nienawidziłem szkoły, do której chodziłem. Przemoc była tam na porządku dziennym i było na nią przyzwolenie. To była szkoła z wojskową dyscypliną. Jako 14-letnie dzieciaki uczyliśmy się, jak strzelać z półautomatów i rzucać granaty. Szkoła niby miała przygotować do życia, a ja takiego życia nie chciałem. Nie rozumiałem tego. Dorastałem, utożsamiając się z australijskimi buntownikami. Nigdy nie było we mnie aprobaty dla ludzi, którzy rządzą światem. Dla tych jajogłowych idiotów, którzy rozpoczynając wojnę, wysyłają nas na pewną śmierć.

Czy sport był w szkole dla ciebie ucieczką od wojskowych klimatów?

Tak, ale nawet tu uświadomiłem sobie, że sport wyzwala te same instynkty co wojna. Jesteś dumny ze swojej drużyny, jesteś dumny ze szkoły, będziesz dla tej szkoły walczył, zabijesz przeciwników, zrównasz z ziemią inne drużyny. Jesteś patriotą dumnym ze swojego kraju. A kiedy przyjdzie czas i ojczyzna będzie wzywać, zaciągniesz się i będziesz dla niej walczył. To jest jakiś potworny rodzaj manipulacji, której zdajemy się zupełnie nie dostrzegać. Kocham sport. Lubię oglądać sport w telewizji, kiedyś go uprawiałem. Ale nie znosiłem uczuć, które we mnie wyzwalał i tego dzikiego testosteronu, który sprawiał, że chętnie pourywałbym łby wszystkim przeciwnikom.

Czy musiałeś kiedyś wybierać między sportem i aktorstwem?

Nigdy nie zamierzałem być zawodowym sportowcem. Grałem w hokeja na trawie przez 15 lat, bo każdy dzieciak w Australii uprawia jakiś sport. Mój ojciec dorastał na boisku hokejowym. Poza tym hokej jest u nas bardzo popularny.

Czy istnieje ktoś taki jak prawdziwy Australijczyk? Mel Gibson albo Russell Crowe?

No wiesz, Kurt jest Nowozelandczykiem, a Mel Amerykaninem. Ale tak, obydwaj dorastali w Australii. Nie wiem, jak ci odpowiedzieć. Nie lubię generalizować, bo to prowadzi do nieporozumień. Mógłbym tak samo zapytać: Jaki jest Amerykanin? Podałbym ci przykłady tysięcy Amerykanów i każdy byłby inny. Ludzie myślą o Australijczykach jako o twardzielach w kowbojskich butach, flanelowych koszulach i jeansach. Ale to przecież reklama Marlboro. Wydaje mi się, że Australijczyk to taki trochę drań – samotnik w typie irlandzkim. Za każdą łzę jeden uśmiech.

Czy Mel Gibson ma na ciebie jakiś wpływ? Biorąc pod uwagę zarówno biznes, jak i życie prywatne.

Cóż ten biznes je mu z ręki. Poza tym bardzo szanuje swoją rodzinę i strzeże tego, kim jest. I jest z tego dumny. Mocno stąpa po ziemi i nie mam pojęcia, jak to robi, ale po tym wszystkim czego doświadczył, wciąż jest prawdziwy.

Dlaczego tak bardzo lubisz Gene’a Kelly?

Dużo stepuję. W domu tylko czasami, kiedy jestem sam. Ale na planie robię to bez przerwy i dzięki temu się relaksuję. Kiedy miałem 13 – 14 lat, taniec mnie fascynował. Był dla mnie doznaniem magicznym. Teraz dzięki niemu mogę wyrażać siebie, swoje emocje.

Jaki jest twój system wartości?

Szanuję autorytety. Na przykład rodziców. Bez przerwy spotykam też niezwykle mądrych i utalentowanych ludzi, którzy mnie inspirują. Ale mam zasad, według których żyję, których przestrzegam i które są dla mnie bardzo ważne. Mój bunt zawsze z czegoś wynika, nie jest sztuczny. Sprzeciwiam się manipulacji i szufladkowaniu, które spotykam na każdym kroku. Jak na przykład to, że wszyscy myślą, że coca cola smakuje dobrze, bo na jej reklamę wydano setki milionów dolarów. Wielkie korporacje wciskają nam gówno i wmawiają nam, że jest słodkie. I w końcu ja sam czuję się jak taka butelka coli. Wydaje nam się, że jesteśmy wyjątkowi, bo w to zainwestowaliśmy. Tymczasem śmierdzimy, sramy, golimy się. Oto nasza wyjątkowość.

Trochę to brutalne.

Ale prawdziwe. No dobra. Jemy, rozmnażamy się i umieramy. Tak lepiej?

Czy ty w to wierzysz?

Jasne. Taka jest prawda.

Wiem, że taka jest prawda, ale czy ty w to wierzysz?

Większość ludzi nie chce w to wierzyć, bo zabiliby w ten sposób resztki złudzeń. Łatwiej więc jest to wyprzeć. Wiesz, kocham to, co robię, ale nigdy nie myślałem, że dzięki temu jestem kimś wyjątkowym.

Jaka jest najgorsza rzecz, która może się wydarzyć, kiedy myślisz o sobie, że jesteś wyjątkowy?

Spece od marketingu nigdy nie będą w stanie zmienić tego, co o sobie myślę. Bo nie chcę być wyjątkowy, chcę być zwykłym facetem, bez względu na to, jak ludzie mnie postrzegają i co o mnie myślą.

Czy martwisz się czasem tym, ile zarobią twoje filmy?

Wcale się tym nie przejmuję. Nie jestem spragniony wielkiej forsy, ale z drugiej strony daje ona licencję na dokonywanie ciekawych wyborów, dzięki niej znikają ograniczenia.

Mówisz o swoim systemie wartości, o kształtowaniu swojego losu. Czy z takim podejściem łatwo jest utrzymać się w show-biznesie?

Tak. Bo to moje życie, więc dotyczy mnie, moich przyjaciół, mojej rodziny i mojej śmierci. Staram się żyć w tym wielkim świecie własnym, szczęśliwym życiem.

Jak twoi rodzice zareagowali na to, gdy jako 13-latek postanowiłeś sam się utrzymywać?

Mieli dwa wyjścia – albo wspierać mnie i być moimi przyjaciółmi, albo sprzeciwić się. Wtedy bylibyśmy wrogami. Taki był układ. Z ich zgodą czy bez i tak bym to zrobił. Ale na szczęście znalazłem ich wsparcie i dzięki temu zostaliśmy wspaniałymi przyjaciółmi.

Kiedy zrobiłeś krok w kierunku aktorstwa, czy rodzice dawali ci pieniądze?

Nie, absolutnie. Oni na początku nie wiedzieli, jaka to praca. Mama bardzo rzadko podwoziła mnie na przesłuchania.

Kiedy wreszcie rozpocząłeś na dobre robienie kariery, czy rodzice byli zaskoczeni?

Jasne. Ale jednocześnie bardzo się uspokoili. Przestali się martwić, że być może śpię na zimnej podłodze, albo że wpakuję się w jakieś kłopoty. Gdy tylko zacząłem robić karierę, uspokoili się. Tak jakby nic mi już nie groziło.

Dlaczego odrzuciłeś wielkie pieniądze? Rolę Spidermana i Aleksandra (chodzi o film Stone’a???)? Nie kusiły cię te wielkie cyfry?

Nie wiem. Kiedy umrę, nie wezmę pieniędzy do grobu, a moje filmy pozostaną jeszcze długo. Ludzie będą je oglądać i oceniać, jakim byłem człowiekiem.

Czy myślisz, że hollywoodzki splendor jest chwilowy i ulotny?

Jasne. Spotkało to przecież tysiące ludzi przede mną i spotka to jeszcze tysiące po mnie. Śmieję się więc z tego. To wszystko jest sztuczne i złudne, nieprawdziwe. Przecież kiedy się urodziłem, lekarz nie spojrzał na mnie, krzycząc: „O Boże, to Heath Ledger!”

Co jest złego w byciu gwiazdą?

Już sama nazwa. Gwiazdy są piękne, wielkie i niedostępne. Ludzie robią sobie więc złudne nadzieje, lubią myśleć, że każdy może się wybić, sięgnąć tych gwiazd. Wierzą we wspaniałe życie w blasku fleszy. Tymczasem to jest życie prosto z taśmy fabrycznej, sztuczne i nieprawdziwe.

Jaki jest więc według ciebie ideał gwiazdy?

Powiedziałbym, że to taki bohater w ludzkiej skórze, który nie musi robić tego, co my robimy. Nie musi udowadniać niczego sobie i innym, nie musi zakładać maski. Bohater, który może żyć nawet w biedzie, ale się uśmiechać. Każdy, kto żyje szczęśliwie i szczęśliwy umiera, jest według mnie bohaterem.

Powiedziałeś, że nie chcesz więcej grać w filmach. Co więc planujesz robić?

Nic szczególnego. Nienawidzę pracy. Nigdy nie miałem takiej zwyczajnej, normalnej pracy. Jestem leniwy, nie mogę wcześnie wstawać, żeby robić coś, czego nie lubię. Nie mam pojęcia, co będę robił, gdy przestanę grać. Może będę się spotykał z przyjaciółmi…

Mieszkasz w Los Angeles. Co myślisz o tym mieście?

Niektórzy uwielbiają opowiadać, jak bardzo nienawidzą tego miasta. Mam wrażenie, że wiele osób tylko z tego powodu tu mieszka. Ja uwielbiam LA. Pogoda jest świetna, to miasto ma doskonałe położenie. Trzy godziny jazdy w jedną albo drugą stronę i możesz znaleźć się na gorącej pustyni, na bajecznej plaży, albo na świetnych stokach narciarskich. Można więc się nieźle bawić. Zajęło mi to trochę, ale mam tu kilku dobrych przyjaciół.

Czy ciężko jest znaleźć przyjaźń w mieście pełnym pozerstwa?

To miasto zbudowane jest z pozerstwa. Ale jeśli masz paru dobrych kumpli, jesteś bezpieczny. Możesz olać tych, co udają. Wyśmiać ich.

Zawsze byłeś tak pewny siebie?

Pytasz, czy czuję się zagubiony? Jestem tylko człowiekiem. Pełnym wad i niepokojów.

Co robisz, kiedy wychodzisz wieczorami?

Nie chodzę do klubów nocnych, bo są za głośne. Lubię miejsca z dobrą muzyką i fajną atmosferą. W LA chodzę zazwyczaj w miejsca, gdzie mogę palić na zewnątrz (????). Dla mnie zakaz palenia w knajpach jest co najmniej dziwny. Ale najbardziej lubię zostawać w domu.

Według jakiego kryterium wybierasz role?

Szukam historii, które sam chciałbym opowiedzieć. Wybieram role, które wiem jak zagrać, gdy tylko skończę czytać scenariusz. Lubię opowieści pełne pasji i uczucia. Jeśli coś mnie nie zainspiruje, w życiu nie zagram tego dobrze.

Szukasz równowagi między kinem artystycznym a komercyjnym?

Zazwyczaj mój agent mówi: „Musisz zagrać w jednym wielkim hicie, żeby później móc zrobić pięć małych filmów”. Żeby grać w czymś, co mnie interesuje, muszę zgodzić się na film, który zarobi. Ale nie jest to dla mnie sytuacja komfortowa. Martwię się, czy uda mi się utrzymać w zawodzie. Zwykle niezbyt długo. Jeśli się skończy kariera, to trudno. To nie koniec świata. Może to znaczy, że będę miał szansę zrobienia czegoś innego w życiu?

Co jest złego w tym, że się jest wykorzystywanym do promocji filmu?

Czasem zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi. Czy kogoś obchodzi sam film? Czy jest dobry? Czy kogoś interesuje proces twórczy? Gdy docieram na koniec tej marketingowej nitki, okazuje się, że wszystkich to gówno obchodzi. To jak z tą butelką coli. Producenci skupiają się na polerowaniu, na tym, by ładnie wyglądała. Nikomu tak naprawdę nie zależy na niczym poza pieniędzmi. Powiedzmy sobie szczerze – kino to produkt, za którym stoi gruba kasa. Więc pod koniec dnia promocji danego tytułu, myślę sobie, że filmy się nie liczą. Że nie liczy się to, co ja w nich robię. Jestem jak ta butelka coli. Na wielkiej skali życia, to co zrobię, jest tak naprawdę bez znaczenia.

Coś jeszcze chciałbyś o sobie powiedzieć?

Tylko to, że nienawidzę udzielać wywiadów.