Magdalena Michalska: Od jakiegoś czasu zajmują pana wojenne tematy. Przed nakręceniem "W dolinie Elah" napisał pan scenariusz "Sztandaru chwały" i "Listów z Iwo Jimy" Clinta Eastwooda.
Paul Haggis: To też są opowieści o dzieciakach, które walczą na beznadziejnej wojnie. Tyle że filmy Clinta były odległą opowieścią o II wojnie. Teraz chciałem być bliżej tego, co aktualne. Zacząłem pisać scenariusz w 2004 r., kiedy jeszcze poparcie dla Busha było duże. Pół Ameryki jeździło z flagami przyczepionymi do samochodów. Filmowcy, którzy potępiali wojnę, byli nazywani zdrajcami. Gdyby nie sukces kasowy "Miasta gniewu" i Oscary dla tego filmu, "W dolinie Elah" nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.

Dlaczego w tytule pojawia się nawiązanie do Starego Testamentu?
Bo biblijna opowieść o Dawidzie i Goliacie to najlepsza historia o bohaterstwie jaką znam. Nasi żołnierze są tak dzielni jak Dawid i równie bezbronni jak on. Kiedy uświadomiłem sobie, jak moralnie zepsuty musiał być król, który do doliny Elah wysłał dzieciaka, by walczył z gigantem, pomyślałem o naszej władzy. Ciekawe, ilu chłopców król wysłał wcześniej, tylko nigdy o nich nie usłyszeliśmy, bo zginęli. Podczas II wojny walczono ze złem, podczas I wojny szeregi żołnierzy celowały do innych żołnierzy. A w Iraku? Kto jest zły, kto dobry, bojówki i cywile wyglądają tak samo, nawet nie wiadomo, kto jest wrogiem.

Jest jakaś szansa, że się to zmieni?
Skoro 25-letni chłopcy muszą patrzeć na koszmar wojny w naszym imieniu, my powinniśmy być zmuszeni do tego, by oglądać te okropieństwa. Kiedy poznamy prawdę, możemy zdecydować, czy chcemy tej wojny. To nie jest film przeciwko Republikanom ani przeciwko Demokratom. To jest film o odpowiedzialności.

Miał pan kłopoty z budżetem "W dolinie Elah"?
Od "Miasta gniewu", które było kameralnym, niezależnym filmem, traktuje się mnie jak wielkiego hollywoodzkiego reżysera. Chciałbym zarabiać tyle co oni! I dawać takie gaże, na jakie ich stać, moim aktorom - Charlize i Tommy zagrali za grosze. Producenci zapłacili za film tylko dlatego, że sądzili, że da się na mnie zarobić. Ale nie to było najtrudniejsze. Właściwie teraz jest mi najtrudniej - kiedy udzielam wywiadów i muszę przywoływać znów wszystko, czego dowiedziałem się podczas prac nad filmem. Znów widzę te wszystkie zdjęcia zabitych ludzi, słyszę opowieści żołnierzy.

Myśli pan, że takimi filmami naprawdę można coś zmienić?
Ubrałem tę historię w kryminalne wątki, żeby dotrzeć do jak najszerszej publiczności. Może ktoś zechce wydać 10 dolarów, by zobaczyć kryminał, albo skusi się na film z Tommym Lee Jonesem, Charlize Theron, Susan Sarandon. Po to potrzebni mi byli znani aktorzy.

Niebawem wybory w Ameryce. Co pan zrobi?
Nie polegam na politykach. Demokraci wpakowali nas w Wietnam, ta ekipa zgotowała nam Irak. W prawyborach popierałem Dennisa Kucinicha, to wielki człowiek. Mimo że mój faworyt nie został kandydatem Demokratów, wciąż wierzę, że Amerykanie wykażą rozsądek.

Mówi pan jak bardzo zaangażowany reżyser. Jednak macza pan palce w komercji pełną gębą - napisał pan scenariusz kolejnego Bonda.
No dobra, filmy niezależne coś znaczą, ale ludzie zapamiętają cię dlatego, że wpadłaś na pomysł, żeby fraza: "Nazywam się Bond, James Bond" padała dopiero na końcu filmu. To ja to wymyśliłem, jestem geniuszem! Nie zamierzałem się angażować w 22. Bonda - "Quantum of Solace", ale zadzwonili do mnie, bym ratował im scenariusz. Agentowi 007 się nie odmawia.

Rozmawiała Magdalena Michalska