Co zaciekawiło cię w filmach Theo van Gogha, że zdecydowałeś się wyreżyserować remake jego "Interview"?

Steve Buscemi: Obejrzałem jego wszystkie trzy holenderskie filmy i zachwyciłem się nimi. "Interview”, rozpisany na dwoje aktorów, bardzo teatralny, urzekł mnie mocnymi, wyrazistymi postaciami. Ich spotkanie to zderzenie dwóch światów: twardego, cynicznego dziennikarza, byłego korespondenta wojennego oraz zepsutej, rozpuszczonej gwiazdki oper mydlanych. Pierre i Katya są siebie warci. To para notorycznych kłamczuchów, która gra przed sobą w kotka i myszkę. Jest w tym napięcie, humor, ale i tragedia.

A może nie uległeś fascynacji osobą zamordowanego kilka lat temu holenderskiego artysty?

Słyszałem o nim wcześnie, bo miał słynne nazwisko (był wnukiem Theo van Gogha, brata Vincenta, wybitnego malarza - red.), ale dopiero po tym, jak został zamordowany w Amsterdamie przez islamskiego fanatyka poznałem jego filmy. Był mistrzem budowania napięcia między aktorami, a zarazem surrealistą w typie Bunuela. Poza tym wypracował niesamowitą technikę realizacji. Polegała na pracy trzech kamer, które były włączone cały czas. Obiektyw każdej z nich skierowany był na jednego aktora. Mogę śmiało powiedzieć, że trylogia Theo, w której skład wejdzie jeszcze "Randka w ciemno” w reżyserii Stanleya Tucciego oraz "06”, którego adaptacji podejmie się John Turturro to hołd dla niego i kontynuacja jego wizji.

Od razu wiedziałeś, że Sienna Miller zagra Katyę i ty sam Pierre’a?

Nie od razu, ale kiedy obejrzałem wywiad, jakiego Sienna udzieliła w związku z filmem "Przekładaniec” poczułem, że to może być aktorka, której szukam. Odkryłem w niej dziewczynę, która bardzo różni się od gwiazdy wykreowanej przez media. Kiedy Pierre po raz pierwszy spotyka się z Katyą, nie dostrzega w niej tylko medialnego produktu, bo to złożona, skomplikowana postać, która daleko wychodzi poza schemat głupiej blondynki. Sienna była tak podekscytowana tą propozycją, że nie chciała nawet dokładnie przeczytać całego scenariusza. Kiedy w czasie zdjęć w Londynie każdego prawie dnia musieliśmy przebijać się przez tłum paparazzich, zrozumiałem, przez co ona przechodzi. Jeśli zaś chodzi o mnie, to początkowo zaproponowano mi tylko rolę reżysera. Jednak miałem także swój udział w scenariuszu i po kilku poprawkach postanowiłem zagrać Pierre’a. Odkryłem, że mamy z sobą wiele wspólnego.

Co na przykład?

Porywczość, nieobliczalność, skrywaną niepewność… Nie jestem jednak aż tak cyniczny, choć faktycznie wyposażam moje postaci w wiele cech własnego charakteru. Lubię bohaterów, którzy są niedoskonali, zranieni, potłuczeni przez życie, ale jednocześnie bywają zabawni.

Jak reagujesz na etykietę speca od ról życiowych nieudaczników?

No... wkurzam się! Bo wcale nie uważam, że moi bohaterowie to ostatnie ofermy. Nie rozumiem, dlaczego i według jakich kryteriów dzieli się ludzi na tych, którzy odnoszą tak zwany sukces, mierzony stanem konta w banku i na owych nieudaczników, którzy nie mogą się tym samym pochwalić.

Jednak twoi bohaterowie nie mają szczęścia. Pamiętasz ile razy zostałeś uśmiercany przed kamerą?

Umierałem co najmniej w tuzinie filmów. Na szczęście są reżyserzy, którzy dają mi przed śmiercią kilka naprawdę wartych jej scen. I tak na przykład w „Fargo” mój bohater, zawodowy morderca Carl, zostaje zarąbany siekierą, w "Ghost World” o mało co nie zostaję uduszony, zaś w "Big Lebowski” Donny okazuje się takim mięczakiem, że umiera na atak serca ze strachu przed bandą oprychów, a jego prochy trafiają do puszki po kawie, bo najtańsza urna jest za droga…

Jakie są twoje ulubione role?

Najbardziej cenię swój aktorski debiut. W 1986 roku w "Parting Glances” Billa Sherwooda zagrałem drugoplanową rolę umierającego na AIDS gwiazdora rocka. Mój bohater był człowiekiem inteligentnym, z poczuciem humoru i ciętym językiem. Żyłem w przekonaniu, że po tym filmie będę już zawsze grywał podobne postaci, ale zaczęto mnie obsadzać w rolach kryminalistów i paranoików. Nie uniknąłem więc zaszufladkowania. Z kolei rolą, która przyniosła mi największy rozgłos był Różowy we "Wściekłych psach” Tarantino.

Twoja droga do aktorstwa była wyjątkowo kręta. Kiedy uświadomiłeś sobie, że chcesz robić to, co robisz teraz?

Gdy sięgam pamięcią, to prawie wszyscy mężczyźni z rodziny Buscemi mieli artystyczne ciągoty, ale tylko mnie się udało. Ojciec marzył o zawodzie operatora telewizyjnego, ale wylądował w mało romantycznym przedsiębiorstwie oczyszczania miasta. Kiedy miałem 18 lat, zachęcił mnie do zdania egzaminów do służby cywilnej. Cztery lata później dostałem się do 55. jednostki straży pożarnej na Manhattanie. Też za namową ojca, który chciał, żebym miał dobrą i pewną pracę. Tłumaczył, że już po 20 latach będę mógł przejść na emeryturę i rozwijać swoje aktorskie pasje, które miałem od dziecka. A ja chociaż lubiłem moją jednostkę, ducha braterstwa i fajnych kumpli wieczorami występowałem w eksperymentalnych zespołach teatralnych. Paradoksalnie pomógł mi nieszczęśliwy wypadek. Potrącił mnie autobus. Za odszkodowanie w wysokości sześciu tysięcy dolarów opłaciłem czesne w Actors Studio Lee Strasberga i na dobre pożegnałem się ze strażackim hełmem. Ale do dziś pozostał mi wielki sentyment do strażaków.