Pierwsza część "Skarbu narodów” podbiła Europę. Był pan tym zdziwiony? W końcu to bardzo amerykańska historia.

Jerry Bruckheimer: Pierwsze pytanie, jakie przed premierą zadawano w Europie, brzmiało: czy ten film może obejrzeć ktoś, kto nie mieszka w Stanach? Ku zaskoczeniu wątpiących zyski z innych krajów świata znacznie przekroczyły te uzyskane w samych Stanach. Dlaczego? To proste - ludzie na całym świecie szukają rozrywki, i nie ma to nic wspólnego z treścią filmu. Przekonuję o tym od dawna. Wiem, że druga część zostanie równie dobrze przyjęta na całym świecie.

Europejski rynek ma dla producentów filmowych coraz większe znaczenie. Trochę się zmieniło od czasu, kiedy rozpoczynał pan karierę w latach 70.

60-70 proc. zysków pochodziło wtedy ze Stanów. Teraz jest odwrotnie - znacznie więcej zarabiamy na świecie niż w kraju. W Europie buduje się dużo nowoczesnych kin, ze świetnymi ekranami i doskonałym nagłośnieniem, co zachęca ludzi, by spędzali tam piątkowe i sobotnie wieczory. To dla nas znakomita wiadomość, oczywiście dopóki tworzymy niezłą rozrywkę i widzowie do nas wracają. Hollywoodzkie filmy dobrze się sprzedają na świecie. Poza tym lepiej zarabiamy za granicą dzięki niskiemu kursowi dolara.

Jak pan wybiera projekty, na które wykłada pan pieniądze? Co przekonało pana, że da się zarobić na "Skarbie narodów”?

Teraz każdy interesuje się historią, wszyscy poszukują w niej tego, co ostatnio wywindowało ją na listy bestsellerów: drugiego, fascynującego dna. Dan Brown, a także kilku pisarzy i reżyserów udowodniło, że ta dziedzina nauki może być niezłą rozrywką. Nie interesowałem się zbytnio historią, gdy byłem w szkole, ale wydaje mi się, że winny temu był sposób, w jaki nas jej uczono. Ja bym to sprzedał lepiej! Przecież każde dziecko lubi dowiadywać się nowych rzeczy, nauczyciele mogliby podpatrywać, jak te rzeczy sprzedają twórcy filmowych hitów.

Niech pan mi zdradzi, jak zrobić gniota, który zarobi 500 milionów dolarów lub więcej?

Trzeba mieć mój talent! Mówiąc serio, dużo ważniejsze jest to, że są ludzie, którzy mają tyle odwagi, by finansować filmy. Dzięki temu, że raz na jakiś czas uda się zarobić krocie, łatwiej potem ryzykować. Jeśli zarobisz 300 lub 400 milionów dolarów na jednym filmie, możesz potem wydać 10 milionów na mniejszy projekt, który spodoba się innej grupie widzów. Megaprodukcje to błogosławienstwo kinomana, bez nich nie byłoby kina artystycznego. Mam nadzieję, że nadal będę tak dobrze zarabiał - liczę na to, że gdy w krajach takich jak Chiny czy Rosja powstanie więcej nowoczesnych kin, te 300 milionów pomnoży się dwu-, a może nawet trzykrotnie!

Zbił pan niezłą kasę na trylogii "Piraci z Karaibów”. Zobaczymy jeszcze Johnny’ego Deppa jako Jacka Sparrowa?

Jeszcze nie wiadomo. Po pierwsze, jest za wcześnie, by myśleć o kolejnym sequelu. Po drugie, z uwagi na strajk scenarzystów niewiele się w chwili obecnej dzieje nie tylko z "Piratami…”, ale też z wieloma innymi projektami.

Ale przecież pracuje pan właśnie nad dwoma nowymi projektami - "G-Force” i "Prince Of Persia: Sands Of Time”?

Prace nad "G-Force” zaczęliśmy jeszcze przed strajkiem i prawie skończyliśmy już zdjęcia. Film wejdzie na ekrany w 2009 roku. Jest w połowie animowany, a stworzenie animacji zajmuje dużo czasu. Jeśli chodzi o "Prince Of Persia”, to właśnie zatrudniliśmy reżysera Mike’a Newella i mamy nadzieję rozpocząć zdjęcia w lecie. Film jest oparty na bardzo popularnej grze komputerowej i to z pewnością będzie duży hit!

Przy "G-Force” po raz szósty współpracował pan z Nicolasem Cage’em. Wierzy pan, że ten aktor gwarantuje sukces kasowy filmu?

Tak często ze sobą pracowaliśmy, że staliśmy się przyjaciółmi. Uwielbiam robić filmy z Nicolasem. Jest fenomenalnym aktorem i niesamowitym człowiekiem.

Nadal jednym z największych problemów w Hollywood jest piractwo. To ono odbiera panu miliony na które pan liczy.

To po prostu kradzież! Filmy są drogie i musimy mieć pewność, że pieniądze, które ktoś w nie zainwestował, się zwrócą. Poza tym jakość pirackich płyt jest bardzo zła. Znajomy kupił kiedyś kopię "Troi” na ulicy za pięć dolarów, tylko po to, by zobaczyć, jakiej jest jakości. Film był nagrany kamerą wideo i widać było ludzi, którzy w trakcie seansu wychodzili do toalety. Nie tak powinno się oglądać filmy. Widzowie są oszukiwani.

Jest pan także bardzo znanym producentem seriali telewizyjnych, m.in. cyklu "CSI: Kryminalne zagadki”. Lubi pan pracę dla telewizji?

Telewizja jest kontrolowana przez duże koncerny. Nie jest tak, że tworzysz coś zgodnie ze swoją wizją. Koncerny mają specyficzne potrzeby. Więcej wolności, by robić to, co się chce, jest podczas kręcenia filmów kinowych. W dodatku telewizja wymaga szalonego tempa. Praca nad filmem - od chwili powstania pomysłu do premiery - może trwać nawet cztery lata. W telewizji w przeciągu sześciu miesięcy możesz pojawić się na wizji i z niej zniknąć.

Jak określiłby się pan jako producent?

To trudne. Uwielbiam to, co robię. Uwielbiam chodzić do kina. To właśnie dzięki temu, że to, czym się zajmuję, sprawia mi przyjemność, chętnie wstaję rano i idę do pracy. Lubię szukać ciekawych historii, zatrudniać wspaniałych scenarzystów i reżyserów. Uważam się za twórcę filmów i jestem menedżerem ogromnej machiny.

W tym roku skończył pan 62 lata, ale nadal jest pan we wspaniałej formie. Jakie ma pan plany na przyszłość?

Chcę w dalszym ciągu kręcić dobre filmy. To wciąż ten sam cel: robić filmy, które ludzie będą chętnie oglądać, przy których będą się dobrze bawić i dzięki którym chociaż przez dwie godziny ich życie będzie lepsze. Bardzo trudno to zrobić i tylko niewielu z nas się to udaje. Na szczęście ja jestem jednym z nich. Nie chcę rozczarować widzów – tego boję się najbardziej.

Na czym Jerry zbił fortunę?

Top Gun (1986)

Film, który rozpoczął megakarierę Toma Cruise’a. Oprócz efektownych scen powietrznej walki obraz pamiętany jest głównie dzięki nagrodzonemu Oscarem tematowi muzycznemu „Take My Breath Away” w wykonaniu zespołu Berlin. Podczas kręcenia ujawnił się ciężki charakter producenta, który trzykrotnie wyrzucał z planu reżysera Tony’ego Scotta. Film był kasowym hitem roku - zarobił 345 mln dolarów.

Armageddon (1998)

Jak zwykle w produkcjach Bruckheimera czas szybko płynie, a widz się nie stresuje. Są tu i piękne kobiety (Liv Tyler), i wspaniali mężczyźni (Ben Affleck), wpadający w ucho temat w wykonaniu Aerosmith, latające nad głowami helikoptery i jak zwykle ratujący swój kraj przed zagładą Bruce Willis. Za całość, łącznie z amerykańską flagą w tle widzowie dali 550 mln dolarów. Znów rekord roku.

Pearl Harbor (2001)

Miłość, męska przyjaźń i wielka pasja z II wojną światową w tle. Film będący spełnieniem marzeń Bruckheimera i reżysera Michaela Baya kosztował wraz z promocją niemal tyle, na ile opiewały zniszczenia w prawdziwym ataku na Pearl Harbor, czyli ponad 130 milionów dolarów, za to przyniósł dochód 450 mln dolarów.

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata (2007)

Trzecia część przebojowej serii z non stop podchmielonym piratem o twarzy Johnny’ego Deppa w roli głównej i znowu kasowy hit roku. Gościnnie jako jego piracki ojciec pojawił się gitarzysta Rolling Stones - Keith Richards, który zasnął podczas premiery filmu i przegapił własny występ. Widzowie nie przycięli komara i film zanotował jedne z rekordowych wpływów w historii kina - 961 mln dolarów.