W twoich filmach często patrzysz na świat oczami dziecka. Co daje ci taka perspektywa?
Andrzej Jakimowski: Dzieci są bezpretensjonalne i równie inteligentne jak dorośli, a ich wybory emocjonalne są bardzo dojrzałe. Dlatego ich punkt widzenia świata jest dobrym punktem widzenia dla filmu. Ale ani "Zmuż oczy", ani "Sztuczki" nie są filmami o dzieciach. One są dla mnie nośnikami idei, a nie bohaterami. "Sztuczki" to film o mnie, nie o dzieciach.

Skąd się bierze takie przekonanie? Obserwujesz dzieci, czy tak zapamiętałeś dzieciństwo?
Mam taką historię z własnego dzieciństwa: rodzice wracając do domu, zobaczyli zabawki wylatujące z naszego okna na trzecim pietrze. Wpadli do mieszkania i zapytali, dlaczego to robię. A ja mówiłem: "nie chcę tego mieć", dopóki nie wyrzuciłem wszystkiego. To był mój sposób na przekazanie im, że nie chcę siedzieć sam z zabawkami, chc żeby pobył ze mną jakiś człowiek. Dorosły w takiej sytuacji jest pod presją, powtarza sobie, że musi zaakceptować pewne rzeczy. Ja je odrzucam, bo to dojrzalsze i szczersze emocjonalnie. Moja 14-letnia córka jest w stanie prześwietlić rozumem wszystkie zawiłe relacje miedzyludzkie, a jeszcze nie czuje przymusu kulturowego, by naginać kark. Na tym polega różnica perspektyw. Dzieci poza tym są świetnymi aktorami - są naturalne, potrafią się oddać graniu bardziej niż dorośli.

Powiedziałeś, że "Sztuczki" to film o tobie, a odbierając nagrodę w Gdyni mówiłeś, że kino to dla ciebie rodzinna przygoda.
Robię filmy z moją żoną, a ponieważ dotykam tematów osobistych, jakieś rodzinne kwestie mogą się do nich przekradać. Żona ma ogromny wpływ na moje filmy. Najpierw rozmawiam z nią o pomyśle, potem daję jej do przeczytania scenariusz, a jeśli coś w nim zmieniam, to pod wpływem jej wrażeń. Jest jedyną osobą, do której mam zupełne zaufanie. To ona wybiera miejsca na zdjęcia i robi scenografię, czyli ma duży wpływ na wygląd filmu. Oboje lubimy, kiedy scenografia jest nierozpoznawalna. Tak, żeby rzeczy zrobione z ukrytej kamery pasowały do pozostałych. Razem wybieramy aktorów, uczestniczymy w montażu. To nie jest typ współpracy w stylu dyrektor wydawnictwa - sprzątaczka, której daje się do przeczytania książkę, jeśli ona zrozumie, to i czytelnicy w to wejdą. Nasza jest bardzo inspirująca i twórcza.

Dużo fragmentów z ukrytej kamery możemy zobaczyć w twoich filmach?
Dużo. Nie tylko pejzażu, czy miniscenek z ludźmi na ulicy, ale portretu głównych bohaterów. Zdjęcia Damiana Ula, który w "Sztuczkach" zagrał Stefka, bardzo często powstawały wtedy, kiedy nie wiedział, że jest filmowany.

Wróćmy do rodzinnych wątków w twoich filmach. Zdaje się, że są mocno związane z twoimi relacjami z rodzicami.
Moi rodzice już nie żyją. Najpierw zmarła mama. Byłem pod wpływem tego zdarzenia, kiedy pisałem "Zmruż oczy". Kiedy zmarł tata, naznaczyło to pisanie "Sztuczek". Nie wyobrażam sobie, że biorę się za film na zamówienie na podstawie czyjegoś scenariusza. Bardzo dużo przychodzi takich propozycji, ale nie pociągają mnie. Nie odczuwam potrzeby opowiadania cudzych historii.

To z powodu śmierci bliskich często poruszasz temat braku, poczucia straty?
To nie jest celowe. Moje dzieciństwo było generalnie udane, choć moi rodzice się rozwodzili. Przez jakiś czas byli osobno, a potem znowu się pobrali. Wszystko dobrze się skończyło.

Sam robisz kino osobiste. A jakie filmy oglądasz?
Też takie najbardziej lubię. Menzel, Jacques Tati, Munk, Polański - to reżyserzy, których lubię najbardziej. Bo podobają mi się filmy z dystansem do świata. Cenię "Zwieciadło" Tarkowskiego za intymne spojrzenie. Lubię uszczypiwość i ironię Piwowskiego. Dla mnie ciekawe rzeczy siegają do osobistych intensywnych przeżyć.

Po tegorocznym festiwalu w Gdyni, gdzie twój film zdobył Złote Lwy, mówiono, że kino polskie weszło w konwencję baśniowych opowieści, realizmu magicznego. Zgadzasz się z takim określeniem twojej twórczości?
Nie zgadzam się, bo wiele rzeczy robię dokumentalnie. Uniwersalność opowieści nie wyklucza tego, że jest ona bardzo konkretna, ma swoją treść obyczajową lub społeczną, tylko gdzieś w tle, na drugim, trzecim planie.

Co masz na myśli, mówiąc "dokumentalnie"?
W moich filmach widzi się ulice takimi, jakie są. Nie inscenizuję, nie oszukuję. Często występują ludzie, których zgarniam z ulicy. Nie są upudrowani, nie są przebrani na potrzeby filmu. Czasem zdejmę komuś kolorową kurtkę, ale nic ponadto. Razem ze statystami, aktorami drugoplanowymi przedostaje się do moich filmów prawdziwy świat.

Robisz kino uniwersalne, które nie ma wiele wspólnego z tu i teraz.
Te sprawy się nie wykluczają. Przekazy uniwersalne mogą wyrastać z obserwacji szczegółowej.

Kiedy powstawały "Sztuczki", o mało nie wszedł do twojego mieszkania komornik. Uważasz, że warto tyle ryzykować dla filmu?
"Sztuczki" nie powstałyby tak szybko, gdybym nie był ich producentem. Nawet przywykłem do tej roli - produkowałem wszystkie swoje dokumenty. Poza tym produkowanie filmów przez reżyserów jest dziś dość powszechne. Tak robi np. Jim Jarmusch. Mógłbym oczywiście kręcić komedie romantyczne, bo wciąż dostaję takie propozycje, ale nie chcę, bo to zabiera czas, a życie jest krótkie.

Twoje filmy są pokazywane i nagradzane na wielu zagranicznych festiwalach. Czy to ma wpływ na ich recepcję w Polsce?
W Polsce czasem nikt nie wie o tym, że moje filmy są na jakimś festiwalu, a nawet go wygrywają. Naturalne medialne zdarzenia to Cannes, Berlin i Wenecja, resztą trudno kogokolwiek zainteresować. Kino kameralne musi uważać, by nie przejechał go walec superprodukcji. Ze "Sztuczkami" jadę do Tokio i do Mannheim-Heidelbergu. To mój ulubiony festiwal, na którym wiele lat temu na międzynarodowe wody wypłynął Kieślowski. Dostał tam nagrodę za "Personel".

Co film to góra nagród. Czujesz się człowiekiem sukcesu?
Nie cierpię słowa "sukces", podobnie jak słowa "kariera". Czuję satysfakcję z tego, że grupa osób, które zaplątałem w swój projekt nie zmarnowała swojego czasu.

Po promocji "Sztuczek" na festiwalach siadasz znowu do pracy?
Mam zamiar nakręcić historię dziewczyny i złodzieja kieszonkowego. Pracujemy nad tym, by zdjęcia powstawały w Lizbonie. Tym razem nie będzie żadnego dziecka.