Wierzy pan w cuda?
Robert Więckiewicz: Wiem, że cuda się zdarzają, choć często bezmyślnie używam sformułowania "nie ma cudów". Zwykle, gdy mówimy "cud", myślimy o wielkim, spektakularnym wydarzeniu, które w ułamku sekundy wywróciłoby nasze życie do góry nogami w jakimś nieokreślonym, ale pozytywnym sensie. Ja tego tak nie traktuję. Nie jest ze mną tak źle, żebym wierzył, że uniosę się i będę latał albo przemierzę wielkie odległości w ciągu dwóch sekund. Nie, cuda zdarzają się właściwie w każdym momencie, tylko są albo nieuświadomione, albo nie potrafimy ich dostrzec.

Pawełek, drugi bohater "Wszystko będzie dobrze", poświęca wiele, choćby zawody w Niemczech, w imię wyższego celu: biegu po zdrowie chorej na raka matki.
Byłem gotów wiele poświęcić, żeby dostać rolę Andrzeja: wuefisty-alkoholika. Sam poprosiłem o scenariusz.

Nie ma pan wrażenia, że w polskim kinie wciąż mówi się ostatnio o wierze podlanej morzem wódki?
Nie śledzę wszystkiego na bieżąco, nawet na ostatnim festiwalu w Gdyni widziałem raptem dwa filmy. Dla mnie rzecz jest interesująca wtedy, gdy przekazuje jakąś prawdę o ludziach. Natura człowieka potrafi zmieścić w sobie wszystko: od ohydnych zbrodni po czyny pełne miłosierdzia. Takie historie chcę oglądać i w takich grać. I niekoniecznie muszą one opowiadać o borykaniu się z problemem alkoholowym. Równie dobrze mogłaby to być opowieść o ogrodniku, którego największą życiową pasją jest uprawa pomidorów.

A jaką prawdę o ludziach opowiedział panu scenariusz "Wszystko będzie dobrze"?
Zafascynowała mnie relacja głównych bohaterów. To nie jest sytuacja czarno-biała, choć w pierwszej chwili widzimy tylko chłopaka i mężczyznę, którzy mają swoje problemy. To również pozbawiona krztyny sentymentalizmu opowieść o trudnej, chropowatej przyjaźni. Bohaterów właściwie wszystko dzieli, ale to właśnie ich do siebie przyciąga. Jeden czuje, że może przenosić góry, drugiemu jest wszystko jedno, walczy tylko o przetrwanie. Ta "niekompatybilność" ich łączy. Rola we "Wszystko będzie dobrze" była dla mnie sporym wyzwaniem. Zwłaszcza granie z dzieckiem debiutującym przed kamerą. Ja lubię, gdy jest trudno. Kiedy jest za łatwo, cała zabawa przestaje mnie kręcić.

Pawełek i Andrzej dużo się od siebie uczą podczas wspólnie przemierzanej trasy do Częstochowy. Czy tak było też na planie?
W pewnym sensie tak. U Adama (Werstaka, odtwórcy roli Pawełka - przyp. red.) podobały mi się prawdziwe w 120 procentach emocje. Fantastycznie było patrzeć na niego, jak "rośnie", stopniowo przestaje się bać kamery. Cieszę się, że go spotkałem, ten chłopak ma niesamowitą energię, jest niezwykle naturalny. Czy on się ode mnie czegoś nauczył? Nie wiem. Mam nadzieję, że może zostanie mu coś z tych rozmów, jakie prowadziliśmy poza planem.

Nagroda dla najlepszego aktora w Gdyni to również wyróżnienie za film "Świadek koronny".
Bardzo się cieszę, że także rola Blachy w "Świadku koronnym" została dostrzeżona i doceniona. Dla mnie jest ona równie ważna. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że nagroda jest za dwie role… Kiedy Danuta Stenka odczytywała werdykt jury, zaraz po tytule „Wszystko będzie dobrze" rozległy się brawa. Reszty już nie słyszaem, nerwy też zrobiły swoje. Dopiero, gdy wróciłem na miejsce, moja żona powiedziała mi, że w swoich podziękowaniach nie wspomniałem o "Świadku koronnym". Cholera! - pomyślałem - ale plama. Więc teraz korzystam z okazji i dziękuję całej ekipie.

Zaczynał pan od teatru, teraz głośne są tylko pańskie role filmowe. Nie tęskni pan za sceną?
Bardzo tęsknię. Nigdy nie zrezygnowałem z teatru. Tak się w ostatnim czasie złożyło, że dostałem sporo atrakcyjnych propozycji filmowych. Ale zbliża się moment, kiedy znów zagram na scenie. Próby mają się rozpocząć na przełomie października i listopada. Na razie nie mogę zdradzić nic więcej, bo pomysł jest na etapie dojrzewania. Bardzo chcę wrócić do teatru.