Dlaczego film nazywa się "Odważna"? O głównej bohaterce można powiedzieć wiele, ale raczej nie to...
Jodie Foster:
Potraktowałabym ten tytuł ironicznie. Nie ma cienia odwagi w tym, że moja bohaterka biega po mieście, przystawia spluwę do głowy tym, którzy zajdą jej za skórę i bez skrupułów pociąga za spust. Jej odwaga polega raczej na akceptacji tej strony własnej osobowości, pogodzeniu się z instynktem przetrwania za wszelką cenę. Z tego, do czego jesteśmy zdolni w ekstremalnej sytuacji nikt z nas nie chce sobie zdawać sprawy. W każdym razie ja nie chcę.

Erica, owładnięta imperatywem wymierzania sprawiedliwości na własną rękę po śmierci narzeczonego, traci wszelkie hamulce.
"Odważna" jest wyrafinowaną opowieścią o przemianie człowieka. Jesteśmy zmuszeni wszystkiego doświadczać wraz z bohaterką, jakbyśmy byli w jej głowie, w jej ciele. To trochę tak jak w filmach z lat 70., choćby w "Taksówkarzu", gdzie każe się nam identyfikować z antybohaterem. Pociąga nas nieokiełznana siła, która rządzi bohaterką. Podobne doświadczenia miałam w przypadku "Oskarżonych" czy "Milczenia owiec", zadawałam sobie te same pytania. Ale nie powiedziałabym, że "Odważna" to film o moralnych dylematach, raczej opowieść stawiająca pytania o dwoistość ludzkiej natury. To nie jest film z przesłaniem, to rzecz o niecodziennym doświadczeniu, które zmienia człowieka na zawsze.

W USA najwięcej kontrowersji wzbudziło zakończenie filmu. Większość widzów oczekiwała kary dla Eriki.
Podobnie jak sama Erica. Przecież ona robi wszystko, żeby zostać ukaraną, żeby ktoś się sprzeciwił, podał na policję, strzelił do niej, zabił ją. Tymczasem okazuje się, że największą karą jest to, że ona musi z tym wszystkim żyć. Boże, coś mnie cały dzień uwiera na plecach. (Jodie Foster zaczyna się wyginać i zamaszystym ruchem wyrywa z bluzki przeszkadzającą metkę. "Mam cię mała bestio" - triumfalnym gestem rzuca metkę na stół i grozi jej palcem). "Odważna" jest też filmem o współczesnym zastraszonym Nowym Jorku, który od 11 września 2001 jest już innym miastem. Niby najbezpieczniejszym na świecie, z policjantami na każdym skrzyżowaniu. Ale też z blisko 10 milionami ludzi, którzy żyją w przeświadczeniu, że w każdej chwili może wydarzyć się coś strasznego.

Często grywa pani silne bohaterki. Widziałaby pani kogoś takiego w roli prezydenta USA?
Szczerze? Mało mnie obchodzi jakiej płci czy rasy będziemy mieć prezydenta. Ważne, żebyśmy wreszcie doczekali się kogoś godnego tego stanowiska. Ale nie jestem dobra w debatach o kondycji świata. Podobnie jak nie czuję się na siłach brać udziału w kampaniach społecznych przeciw globalnemu ociepleniu. Chętnie dam na coś pieniądze, wesprę akcję charytatywną, zasadzę drzewka, ale pozowanie na plakatach - to nie dla mnie. Szczytny cel mnie inspiruje, ale fakt, że zaangażowanie w takie akcje to często wyreżyserowany marketing, bardzo mnie odstrasza. Choć to działa, bo kto myślał o superenergooszczędnych żarówkach, gdy bąkał o nich Al Gore? Nikt. Dopiero, gdy Leo DiCaprio powiedział, że takich używa, Ameryka zwariowała na ich punkcie.

Planuje pani jakieś reżyserskie przedsięwzięcia? Od ostatniego minęło ponad 10 lat.
Od tamtego czasu nie przestałam ich planować, tylko nie zawsze wszystko idzie jak po maśle. Pewnie zapyta pani: "Jak to? Jodie Foster ma problemy ze znalezieniem pieniędzy na swoje projekty?". Otóż tak. W rozważaniach nad budżetem filmu nazwisko reżysera nie jest najważniejsze. A szkoda (śmiech). Na swój użytek szukam historii, które odczuwam wręcz fizycznie. Niezależnie, czy sama je opowiadam, robiąc film, czy gdy oglądam coś w kinie albo na DVD. I wszystko, co ma związek z opowiadaniem historii, choćby praca operatora kamery na planie, byłaby dla mnie satysfakcjonująca.

Marzyła pani o sprzedawaniu kawy w Starbucksie. To już nieaktualne?
Ależ skąd. To wyjątkowo pociągająca praca - wszystko jest czarne albo białe. Albo zrobisz dobrą pianę na cappuccino albo nie. Nie ma wątpliwości, tysięcy możliwych interpretacji. Czasem tęsknię do takiej jednoznaczności. Tym bardziej, że gdy siedzi się w jednym zawodzie od 40 lat, tak jak ja, to często zdarzają się dni, kiedy człowiek się budzi i myśli: dziś rzucam to w cholerę (śmiech). Tym bardziej że nie można o mnie powiedzieć: "urodzona aktorka". Nigdy kimś takim nie byłam, jako dziecko nie robiłam min, nie odgrywałam spektakli, nie naśladowałam nikogo. Musiałam dużo w sobie przezwyciężyć, żeby się odnaleźć w tym świecie. Z natury jestem zamknięta w sobie, choć potrafię być bardzo uparta. Przy "Odważnej" wiedziałam, że film musi wyreżyserować Neil Jordan, bo Cillian Murphy w jego "Śniadaniu na Plutonie" absolutnie mnie uwiódł. Powiedziałam: zrobi to Neil albo nikt inny. Wiedziałam, że ma wyjątkowe metody pracy, nie będzie próbował sztuczek, tylko pozwoli historii toczyć się przed kamerą. Do tego trzeba dużej odwagi.

A pani projekt o Leni Riefenstahl ma szansę ujrzeć światło dzienne?
Tak, ciągle nad nim pracuję. Nie będę reżyserować tego filmu. Zagram w nim i wyprodukuję go. Zresztą mam wielka frajdę z podglądania reżyserów na planie. Martin Scorsese, David Fincher, Robert Zameckis, Jean-Pierre Jeunet - pracowałam z wieloma wybitnymi artystami i często zastanawiam się, jak ja zrobiłabym scenę, którą oni wyreżyserowali w taki sposób. To fascynujące.