"Makijażyści biegają za mną jak z kosiarką do trawników. Od lat radzą mi, żebym zmniejszyła sobie brwi" - żartowała, kiedy dowiedziała się, że magazyn "People" umieścił ją na liście 50 najpiękniejszych aktorek. Poczucie humoru nie opuszcza jej ani na planie komedii romantycznych, ani wtedy, kiedy koło nosa przechodzi jej kolejna duża rola. "W Hollywood trzeba mieć charakter" - tłumaczy. Pokazała go, kiedy jako trzylatka z impetem weszła do świata aktorów. Córka znanego prawnika i pracownicy socjalnej z Nowego Jorku tak przejęła się przedstawieniem, że wyrwała się siedzącym na widowni rodzicom i wbiegła na scenę. Najpierw dialogi przerwali zaskoczeni aktorzy, potem tupet straciła mała Amanda. Szybko zeszła ze sceny. I to na dłużej.

Aktorka od referatów

"Na tym dziecinnym wyskoku skończyła się moja dziecięca przygoda z teatrem, nie licząc występów na szkolnych akademiach" - wspomina dziś Amanda Peet. Zawsze była na bieżąco z wystawianymi w Nowym Jorku sztukami, do kina chodziła na randki, ale szkoła teatralna leżała poza jej zainteresowaniami. Wolała biblioteki i zakurzone archiwa. Bez problemów dostała się na historię w prestiżowym Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. I pewnie teraz egzaminowałaby studentów z przebiegu wojny secesyjnej, gdyby nie jeden z jej profesorów. Po kolejnym referacie Amandy, zapytał jej, czemu nie studiuje aktorstwa. Peet zaczęła się nad tym zastanawiać i zapisała się do studenckiego teatru. Potem postanowiła, że ze swojego hobby uczyni sposób na życie. "Historia trochę mnie znużyła, a zawsze czytałam, że trzeba robić to, co się najbardziej lubi. Szkoda czasu na męki" - przekonuje. Zanim jednak zaczęła spełniać swoje marzenia, obroniła dyplom z historii jak na dobrą uczennicę przystało - na piątkę.

"Zaspokoiłam ambicje rodziny. Przyszedł czas na moje" - śmieje się. Zapukała więc do drzwi Uli Hagen i przychodziła do niej regularnie przez cztery lata. Choć w Nowym Jorku i Los Angeles szkoły aktorstwa można znaleźć prawie na każdym rogu, nie mogła wybrać lepiej. Hagen zadebiutowała na Brodwayu w latach 30. w "Mewie" Czechowa, zdobyła kilka prestiżowych nagród, a od końca lat 50. zaczęła uczyć innych aktorów w Studiu Herberta Berghofa. Codzienne lekcje z Hagen pomogły Robertowi De Niro, Lizie Minnelli i Alowi Pacino. Amanda Peet też liczyła na szybkie efekty, ale na początku szło jej bardzo przeciętnie. Zamiast graniem (nie licząc występu w sztuce "Zbudź się i śpiewaj" Clifforda Odetsa), zarabiała na czynsz podawaniem hamburgerów w zalatującej starym tłuszczem amerykańskiej knajpie o wystroju w stylu lat 50. Amandzie jednak taka otoczka nie przeszkadza do dziś. Nigdy nie dołączyła do hollywoodzkich rzeszy zwolenniczek coli light, diety Atkinsa albo listka sałaty zamiast obiadu. "Wolę zjeść smaczne spaghetti i upić się winem, niż marnować czas na ćwiczenia w fitnessie" - powtarza dziennikarzom.

Depresja agenta

Może to niehollywoodzkie podejście, a może lekka skłonność Amandy do fobii (prawo jazdy zrobiła dopiero w 2000 roku, a życie w Stanach bez samochodu, gdzie komunikacja publiczna nie jest najlepsza, to spory wyczyn) spowodowały, że jej kariera nie od razu ruszyła z kopyta. Peet zagrała co prawda w kilku filmach, ale żaden nie był przebojem. A zaczęło się od reklamy cukierków Skittles. Potem udało jej się wskoczyć do serialu - dostała angaż do epizodu w kilku odcinkach "Prawa i porządku". Pokazała się jeszcze m.in. w kiepskim "Zwierzęcym pokoju" (1995) i mdłej "Tej jedynej" (1996), ale przynajmniej u boku Jennifer Aniston.

"Mój agent był załamany. Miałam niezłe wykształcenie, więc liczył na krocie, a ja zarabiałam niewiele więcej niż statysta. Płacili mi kilkadziesiąt dolarów za dzień zdjęciowy" - opowiada dzisiaj. Czy nie chciała się wycofać? "Byłam zdeterminowana. Kiedy powie się A, trzeba też powiedzieć B" - odpowiada. Rzeczywiście, biła rekordy w liczbie odbytych castingów i przyjmowała każdą rolę. "Chciałam grać za wszelką cenę. A w czym? Hm... To była sprawa drugoplanowa. Od czegoś trzeba zacząć" - wspomina.

Pierwszy sukces przyszedł przez przypadek. Producenci serialu "Jack i Jill" (1999) w ostatniej chwili zrezygnowali z głównej aktorki Amelii Heinle. Na jej miejsce wskoczyła Amanda. Choć złośliwi piszą, że produkcję oglądała tylko jej rodzina i znajomi, kilka osób z branży dostrzegło charyzmę i ładny uśmiech Peet.

Zdenerwowana przez Allena

Dzięki temu trafiła do obsady "Jak ugryźć 10 milionów?" (2000), gdzie zamieniła się w higienistkę dentystyczną, która marzy o karierze płatnej zabójczyni. "Zagrać obok Bruce’a Willisa? To jest coś" - wspomina chwilę, w której dowiedziała się, że reżyser jest nią zachwycony. Po filmie nie spodziewano się fajerwerków (budżet 24 mln dolarów jak na Hollywood to drobna sumka), ale tylko w pierwszy weekend po premierze zarobił 16 mln dolarów, a krytycy okrzyknęli go najlepszą komedią roku. Po czterech latach fani doczekali się też sequelu.

Reputacji Peet nie zaszkodziła ani scena topless z pierwszej części hitu, ani role wyrachowanej dominy w "Twardej lasce" (2001) czy zimnej podrywaczki w "Uziemionych"(2001). Niestety, pierwszoplanowe role wciąż dostaje tylko w średniej jakości produkcjach. U lepszych reżyserów pozostaje jej drugi plan. Ale właśnie to wychodzi jej najlepiej.

Woody Allen powierzył jej małą rolę Susan w filmie o nowoczesnych mieszczuchach "Melinda i Melinda" (2004), a przy okazji doprowadził do załamania nerwowego. "On w ogóle nie daje informacji zwrotnych! Na planie byłam potwornie zestresowana" - opowiadała w wywiadach Peet. Później podrywała Jacka Nicholsona, który stał się jednak chłopakiem jej ekranowej matki Diane Keaton w "Lepiej późno niż później" (2003) i zabłysnęła w "Syrianie" (2005) jako żona analityka finansowego (Matt Damon).

W tym samym okresie zaczęła też na poważnie myśleć o małżeństwie. Rok temu wzięła ślub ze scenarzystą "Troi" Davidem Benioffem, a w lutym urodziła córkę Frances. Jednak zdjęć z porodu nie znajdziemy w tabloidach, pod jej domem nie koczują paparazzi. "Nigdy nie dołączyłam do grona celebrties" - tłumaczy w wywiadach. "Aktorstwo to praca, a nie bywanie i latanie po przyjęciach. Choć przyznaję, że lubię blichtr. Kiedy idę po czerwonym dywanie, czuję się trochę jak nastolatka podczas studniówki". A która kobieta nie chciałaby wrócić do tej chwili?