Lee i de Palma zwycięzcami festiwalu w Wenecji
Dawno nie zdarzyło się, by festiwal filmowy w Wenecji wygrał najlepszy pokazywany w konkursie film. Tym razem tak się stało. Zwyciężył "Lust. Caution" Anga Lee. W ten sposób jury uhonorowało kino artystyczne, odległe od nachalnej komercji - czytamy w DZIENNIKU.
- Dla kogo Złote Lwy?
- Gorzkie portrety współczesnego świata
- "12" - niezwykły film Michałkowa
- Oscarowa opowieść o zakazanej miłości
- Gdynia wyłowi talenty
- Brad Pitt wygrał w Wenecji
- Rabowanie arcydzieł
- Miłość wbrew regułom
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-05-24

temp. min 8°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Pozostałe wyróżnienia rozdzielono tak, by żaden filmowy gatunek nie został pominięty. Srebrnym Lwem za reżyserię nagrodzono Briana De Palmę za "Redacted", doceniając w ten sposób kino wojenne. Kino eksperymentalne wyróżniono nagrodą Coppa Volpi (przyznawaną aktorom) dla Cate Blanchett grającej Boba Dylana w filmie "I’m not there". Coppa Volpi dla najlepszego aktora powędrowała do Brada Pitta z rolę w westernie "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda".
Ukłonem w stronę kina społecznego były nagrody za scenariusz dla obrazu "Polak potrzebny od zaraz" Kena Loacha i specjalna nagroda jury dla tunezyjskiego "La graine et le mulet". Niezwykłemu "12" Nikity Michałkowa, który odważył się rozdrapać najświeższe rosyjskie rany (Czeczenia), przyznano Lwa za całokształt twórczości.
Taki werdykt jest oczywiście ryzykowny. Wielu może powiedzieć, że Wenecja, która w tym roku obchodziła 75. rocznicę ustanowienia festiwalu (konkurs odbył się tu po raz 64.), chciała rozdać swoje nagrody tak, by przypodobać się wszystkim. Jednak nagroda dla Anga Lee była sporym aktem odwagi - rzadko zdarza się, by wielki festiwal nie cudował, nie szukał dziwacznych produkcji z końca świata, by pokazać jak bardzo jest artystyczny i niezależny.
Niezwykle rzadko daje się też główne nagrody bardzo uznanym już reżyserom, nawet jeżeli ich filmy, jak "Lust. Caution”"Anga Lee, wybijają się ponad poziom festiwalu. Ten mroczny, erotyczny thriller szpiegowski osadzony w 1940 roku w okupowanym przez Japończyków Szanghaju połączył świetne artystyczne kino z wciągającą akcją. Młoda dziewczyna (niezwykła pod względem urody i umiejętności aktorskich debiutantka Tang Wei) angażuje się w działalność na rzecz wyzwolenia Chin. Jej zadaniem jest zbliżenie się do wpływowego kolaboranta pana Yee (ulubiony aktor Wong Kar-Waia Tony Leung).
Z czasem zaciera się granica między lojalnością wobec powierzonego jej zadania, a dziwacznym uczuciem do swojego wroga i oprawcy (pan Yee jest równie gorliwy w biciu więźniów politycznych, co w sadystycznych eksperymentach w dziedzinie seksu). Kreację Tang Wei prasa festiwalowa porównała natychmiast z Marią Schneider z "Ostatniego tanga w Paryżu". Rzeczywiście tak odważnych, dosłownych, a jednocześnie udanych i niezwykle istotnych dla treści filmu scen erotycznych jak w "Lust. Caution" nie ma wiele w historii kina.
"Dla mnie to nie była opowieść o seksualności człowieka" - deklarował Ang Lee. "Chciałem, żeby to była opowieść o Chinach, do których wróciłem z Zachodu i zobaczyłem je w innym świetle, trochę z zewnątrz, tak jak nie da się zobaczyć kraju, nie emigrując z niego na jakiś czas". Przypomnijmy, że chiński reżyser zaledwie dwa lata temu wyjechał z Wenecji ze Złotym Lwem za równie odważny film "Tajemnica Brokeback Mountain".
Decyzji o przyznaniu specjalnego Lwa za całokształt twórczości Nikicie Michałkowowi też pozostaje tylko przyklasnąć. Jego film, który zapowiadano jako remake "Dwunastu gniewnych ludzi" Sidneya Lumeta, jest jednak dziełem zupełnie osobnym od oryginału. Łączy je tylko tyle, że główni bohaterowie to dwunastu przysięgłych o sprawie o morderstwo. Akcja została przeniesiona do współczesnej Rosji. Oskarżonym jest tu młody Czeczeniec, a ofiarą jego przybrany, rosyjski ojciec. Przysięgli, analizując sprawę chłopca, będą musieli też oczyścić swoje sumienia - z prywatnych grzechów, ale też z narodowych uprzedzeń.
Film Michałkowa to pełna napięcia zbiorowa rosyjska psychoterapia. Reżyser zabiera widzów we wstrząsającą podróż - wyprowadza kamerę poza pokój, w którym obradują jurorzy, mierzy nas z wojną w Czeczenii i w przeciwieństwie do obu amerykańskich wersji "Dwunastu gniewnych ludzi" pokazuje nam oskarżonego. Po raz kolejny eksploruje rosyjską duszę, ale tym razem patrzy na nią bardziej krytycznie niż zwykle, mniej tu nostalgii, utraconej idylli.
Zdecydowanym błędem jury było natomiast przyznanie nagrody za reżyserię Brianowi De Palmie. Projekcję "Redacted" publiczność opuszczała w milczeniu. Przez cały tydzień nie słyszałam wśród krytyków uczestniczących w festiwalu na Lido ani jednego słowa zachwytu nad tym filmem. Wprawdzie dzieło twórcy "Carrie" bardzo działa na emocje, ale jest najzwyczajniej w świecie źle skomponowane.
De Palma zdecydował się na ryzykowny zabieg - jego film to mockumentary - fabuła, która udaje dokument. Młodzi żołnierze w Iraku amatorskimi kamerami cyfrowymi kręcą swoje wojenne poczynania. Czasem się nudzą. Innym razem trafi się akcja na punkcie kontrolnym i ktoś niechcący zabija ciężarną kobietę jadącą do szpitala. Czasem z nudów zgwałcą 15-latkę. Potem lokalna bojówka weźmie na nich odwet i obetnie komuś głowę albo podłoży bombę, która rozszarpie jednego z żołnierzy na kawałki. Wszystko to zobaczymy z detalami.
I właśnie z powodu tych gwałtownych scen, nokautujących zszokowanego odbiorcę, brakuje przestrzeni na głębszą refleksję, widzi się prawdziwy dramat, ale dawka przemocy w końcu otępia, pojawia się pragnienie, aby te sceny wyprzeć ze świadomości jak koszmarny sen. Od tego obrazu chce się raczej uciec, niż go zrozumieć.
Wenecki festiwal trzymał w tym roku wysoki poziom i przyniósł wiele filmów świadomie pozostających w głównym nurcie kina, uciekających od niszowości, udawanej zgrzebności tzw. filmów festiwalowych, które robi się pod jury, nie licząc na sukces komercyjny. Kino pokazane w Wenecji to w większości produkcje solidne i dopracowane, bywa, że wręcz gwiazdorskie, wyraźnie szukające kontaktu z większą widownią, a jednocześnie nie rezygnujące z ambicji i podejmowania tematów trudnych, czy wręcz ostatecznych. To dobry prognostyk dla światowej kinematografii.















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!