Pozostałe wyróżnienia rozdzielono tak, by żaden filmowy gatunek nie został pominięty. Srebrnym Lwem za reżyserię nagrodzono Briana De Palmę za "Redacted", doceniając w ten sposób kino wojenne. Kino eksperymentalne wyróżniono nagrodą Coppa Volpi (przyznawaną aktorom) dla Cate Blanchett grającej Boba Dylana w filmie "I’m not there". Coppa Volpi dla najlepszego aktora powędrowała do Brada Pitta z rolę w westernie "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda".

Ukłonem w stronę kina społecznego były nagrody za scenariusz dla obrazu "Polak potrzebny od zaraz" Kena Loacha i specjalna nagroda jury dla tunezyjskiego "La graine et le mulet". Niezwykłemu "12" Nikity Michałkowa, który odważył się rozdrapać najświeższe rosyjskie rany (Czeczenia), przyznano Lwa za całokształt twórczości.

Taki werdykt jest oczywiście ryzykowny. Wielu może powiedzieć, że Wenecja, która w tym roku obchodziła 75. rocznicę ustanowienia festiwalu (konkurs odbył się tu po raz 64.), chciała rozdać swoje nagrody tak, by przypodobać się wszystkim. Jednak nagroda dla Anga Lee była sporym aktem odwagi - rzadko zdarza się, by wielki festiwal nie cudował, nie szukał dziwacznych produkcji z końca świata, by pokazać jak bardzo jest artystyczny i niezależny.

Niezwykle rzadko daje się też główne nagrody bardzo uznanym już reżyserom, nawet jeżeli ich filmy, jak "Lust. Caution”"Anga Lee, wybijają się ponad poziom festiwalu. Ten mroczny, erotyczny thriller szpiegowski osadzony w 1940 roku w okupowanym przez Japończyków Szanghaju połączył świetne artystyczne kino z wciągającą akcją. Młoda dziewczyna (niezwykła pod względem urody i umiejętności aktorskich debiutantka Tang Wei) angażuje się w działalność na rzecz wyzwolenia Chin. Jej zadaniem jest zbliżenie się do wpływowego kolaboranta pana Yee (ulubiony aktor Wong Kar-Waia Tony Leung).

Z czasem zaciera się granica między lojalnością wobec powierzonego jej zadania, a dziwacznym uczuciem do swojego wroga i oprawcy (pan Yee jest równie gorliwy w biciu więźniów politycznych, co w sadystycznych eksperymentach w dziedzinie seksu). Kreację Tang Wei prasa festiwalowa porównała natychmiast z Marią Schneider z "Ostatniego tanga w Paryżu". Rzeczywiście tak odważnych, dosłownych, a jednocześnie udanych i niezwykle istotnych dla treści filmu scen erotycznych jak w "Lust. Caution" nie ma wiele w historii kina.

"Dla mnie to nie była opowieść o seksualności człowieka" - deklarował Ang Lee. "Chciałem, żeby to była opowieść o Chinach, do których wróciłem z Zachodu i zobaczyłem je w innym świetle, trochę z zewnątrz, tak jak nie da się zobaczyć kraju, nie emigrując z niego na jakiś czas". Przypomnijmy, że chiński reżyser zaledwie dwa lata temu wyjechał z Wenecji ze Złotym Lwem za równie odważny film "Tajemnica Brokeback Mountain".

Decyzji o przyznaniu specjalnego Lwa za całokształt twórczości Nikicie Michałkowowi też pozostaje tylko przyklasnąć. Jego film, który zapowiadano jako remake "Dwunastu gniewnych ludzi" Sidneya Lumeta, jest jednak dziełem zupełnie osobnym od oryginału. Łączy je tylko tyle, że główni bohaterowie to dwunastu przysięgłych o sprawie o morderstwo. Akcja została przeniesiona do współczesnej Rosji. Oskarżonym jest tu młody Czeczeniec, a ofiarą jego przybrany, rosyjski ojciec. Przysięgli, analizując sprawę chłopca, będą musieli też oczyścić swoje sumienia - z prywatnych grzechów, ale też z narodowych uprzedzeń.

Film Michałkowa to pełna napięcia zbiorowa rosyjska psychoterapia. Reżyser zabiera widzów we wstrząsającą podróż - wyprowadza kamerę poza pokój, w którym obradują jurorzy, mierzy nas z wojną w Czeczenii i w przeciwieństwie do obu amerykańskich wersji "Dwunastu gniewnych ludzi" pokazuje nam oskarżonego. Po raz kolejny eksploruje rosyjską duszę, ale tym razem patrzy na nią bardziej krytycznie niż zwykle, mniej tu nostalgii, utraconej idylli.

Zdecydowanym błędem jury było natomiast przyznanie nagrody za reżyserię Brianowi De Palmie. Projekcję "Redacted" publiczność opuszczała w milczeniu. Przez cały tydzień nie słyszałam wśród krytyków uczestniczących w festiwalu na Lido ani jednego słowa zachwytu nad tym filmem. Wprawdzie dzieło twórcy "Carrie" bardzo działa na emocje, ale jest najzwyczajniej w świecie źle skomponowane.

De Palma zdecydował się na ryzykowny zabieg - jego film to mockumentary - fabuła, która udaje dokument. Młodzi żołnierze w Iraku amatorskimi kamerami cyfrowymi kręcą swoje wojenne poczynania. Czasem się nudzą. Innym razem trafi się akcja na punkcie kontrolnym i ktoś niechcący zabija ciężarną kobietę jadącą do szpitala. Czasem z nudów zgwałcą 15-latkę. Potem lokalna bojówka weźmie na nich odwet i obetnie komuś głowę albo podłoży bombę, która rozszarpie jednego z żołnierzy na kawałki. Wszystko to zobaczymy z detalami.

I właśnie z powodu tych gwałtownych scen, nokautujących zszokowanego odbiorcę, brakuje przestrzeni na głębszą refleksję, widzi się prawdziwy dramat, ale dawka przemocy w końcu otępia, pojawia się pragnienie, aby te sceny wyprzeć ze świadomości jak koszmarny sen. Od tego obrazu chce się raczej uciec, niż go zrozumieć.

Wenecki festiwal trzymał w tym roku wysoki poziom i przyniósł wiele filmów świadomie pozostających w głównym nurcie kina, uciekających od niszowości, udawanej zgrzebności tzw. filmów festiwalowych, które robi się pod jury, nie licząc na sukces komercyjny. Kino pokazane w Wenecji to w większości produkcje solidne i dopracowane, bywa, że wręcz gwiazdorskie, wyraźnie szukające kontaktu z większą widownią, a jednocześnie nie rezygnujące z ambicji i podejmowania tematów trudnych, czy wręcz ostatecznych. To dobry prognostyk dla światowej kinematografii.


Rozmowa z laureatem Złotego Lwa Angiem Lee

Dean Sinovcić: W "Lust, Caution" dotyka pan skomplikowanej historii Chin. Sam pochodzi pan z Tajwanu. Czy nakręcenie tego filmu było dla pana rodzajem wystąpienia politycznego, których mieliśmy wiele na tegorocznym konkursie w Wenecji?
Ang Lee: Nie chciałem zanudzać publiczności swoimi politycznymi przekonaniami. Film musi mówić za siebie innymi środkami, niż tylko prezentując określony pogląd w ważnej sprawie. Inaczej ludzie zauważą wyłącznie wagę poruszanego tematu, a nie artystyczne walory filmu. Zresztą gdybym zaczął wykładać szczegółowe dzieje mojego kraju, nikt w Europie i Ameryce nie zrozumiałby, o co mi chodziło. W historii pokazanej w "Lust, Caution" najbardziej fascynowała mnie przerażająca konstatacja, że patriotyzm to najbardziej potężna część chińskiej kultury. Chciałem uchwycić ludzi w momencie, w którym dorastają do postawy patriotycznej - do swojej najbardziej chwalebnej wojny przeciwko Japończykom.

W pańskim filmie sceny erotyczne są bardzo odważne, a równocześnie są niezwykle istotnym składnikiem fabuły. Trudno było osiągnąć równowagę między ukazaniem seksu jako ważnej części kreowanego świata, nie wkraczając przy tym na terytorium pornografii?
Bardzo trudno było mi te sceny nakręcić. Nie mogło w nich padać zbyt dużo słów, bo wszystko by to zniszczyło. Trzeba było uciec do normalnego języka, do języka ciała, bo tylko tak można zrozumieć fizyczny kontakt miedzy ludźmi. Robiąc ten film, czułem się trochę jak moja bohaterka, która w łóżku musi zdobyć zaufanie kogoś obcego i podejrzliwego. Ja musiałem sprawić, by te sceny i cały film zdobyły zaufanie widza. Kiedy oglądacie mój film, czuję się, jakbyście spoglądali mi w oczy i sprawdzali, czy to, co mówię, jest prawdziwe.

Czy z powodu tych scen nie będzie miał pan problemów z dystrybucją filmu w Chinach?
Poza Tajwanem rzeczywiście mogą być problemy. Pewnie nie będą chcieli robić kampanii reklamowej. Nie tylko ze względu na seks, ale także kwestię wojny z Japończykami. Jednak po sukcesie "Tajemnicy Brokeback Mountain" miałem odwagę dotknąć tematu, którego kino nie poruszyło nigdy wcześniej. Gdyby nie tamten film, nikt nie pozwoliłby mi nakręcić tego. Zrobienie "Lust, Caution" wymagało ode mnie dużo większej odwagi niż nakręcenie gejowskiej historii o kowbojach w Ameryce. Bo dla mnie seks wcale nie zakłada miłości, choć jest całkiem blisko niej. Intymność to najbardziej dramatyczna część życia człowieka i najbardziej bolesna rzecz dla reżysera. Po długich rozmowach z aktorami o tych scenach miałem ochotę pójść do psychiatry, o mały włos się nie poddałem. Może jestem na to zbyt nieśmiały, ale kręcenie seksu wcale nie sprawia mi przyjemności. Żeby nie odstąpić od tego pomysłu, musiałem sobie w kółko powtarzać, że to ważna część dramatu moich bohaterów.

Co taki film jak pański - osadzony w przeszłości - mówi współczesnemu widzowi o jego czasach?
Mówi o naszych niezmiennych zwierzęcych instynktach. Wydaje mi się, że mówi dużo o relacji mężczyzn i kobiet, o tym, jak dziwacznych rzeczy potrzebujemy od drugiego człowieka w relacji damsko-męskiej. Mówi coś o naturze miłości. Pokazuje, jak dużo siły trzeba włożyć w przetrwanie w związku z drugim człowiekiem. "Tajemnica Brokeback Mountain" to też nie była historia tylko o gejach, ale przede wszystkim o tęsknocie i iluzji, o raju uczuciowym. "Lust. Caution" opowiada o piekle człowieka, o torturach, jakie zadają sobie ludzie.

Ten film oparty jest na popularnej chińskiej powieści. Ale podobno inspirował pana zaledwie jej fragment.
To prawda, książka, na której oparłem ten film, nie fascynowała mnie jako całość - to było niezwykle mroczne 28 stron. Mam wrażenie, że właśnie na tych 28 stronach autorka odkryła siebie. Ja odkrywam siebie, robiąc filmy. Fikcja jest drogą człowieka do odkrywana prawdy o sobie. W przypadku "Lust, Caution" prawda jest strasznie brutalna, nie wiemy, kto jest w relacji mężczyzna - kobieta okupantem, a kto okupującym. Kto jest upokarzającym, a kto jest prostytutką.

Porusza się pan w swoich filmach między Azją i Ameryką. Wygląda na to, że świetnie odnajduje się pan w obu tych kulturach.
Staram się, żeby tak to wyglądało (śmiech). Pracuję bardzo ciężko. Nazywam Nowy Jork domem, bo tam jest moja rodzina, moje dzieci i żona. Ale mam wrażenie, że żyję w filmach. Wypożyczam jeden film za drugim i to jest moje naturalne środowisko. Kiedy jadę do Tajwanu, też czuję się jak w domu. Chociaż tam natychmiast otaczają mnie ludzie, którzy czegoś ode mnie chcą i nie mam zbyt dużo czasu, by porozkoszować się nostalgią.