Poprzednie dwie części nowej ekranizacji powieściowego cyklu Roberta Ludluma o Bournie przekraczały granice tego, co się dziś rozumie pod pojęciem kina akcji. "Tożsamość Bourne’a" i "Krucjata Bourne’a" były inteligentnymi widowiskami na poważnie. Chodziło w nich o coś zdecydowanie więcej niż poszukiwanie pretekstów dla wymyślnych scen akcji i tanich efektów. W "Ultimatum Bourne’a" Paul Greengrass nie tylko utrzymał wysoki poziom szpiegowskiej serii dla dorosłych, ale i (przynajmniej momentami) podniósł poprzeczkę.

Jego film zaczyna się w tym samym miejscu, gdzie skończył się poprzedni i rozwija się według z grubsza tej samej logiki. Zaszczuty były agent CIA Bourne z determinacją próbuje ostatecznie rozwiązać zagadkę swej przeszłości, a kierownictwo agencji z równą determinacją usiłuje go unieszkodliwić. Od pierwszej sceny w Moskwie gonimy po świecie: przez Londyn, Madryt, Tangier zmierzamy do Nowego Jorku, gdzie tajemnica ma się wreszcie wyjaśnić.

Bourne brawurowo unika pogoni, jak pies gończy tropi samego siebie, podąża własnymi śladami. I choć wydaje się, że w konfrontacji z wyposażonymi we wszystkomającą aparaturę przeciwnikami nie ma żadnych szans, wciąż zaskakuje inwencją. To właśnie ów kontrast między samotnym szpiegiem, a bezduszną technokorporacją jest tutaj podstawowym źródłem napięcia. Podobna sytuacja powtarza się w kilku wariantach: Bourne musi przechytrzyć przeciwników, którzy go podglądają, podsłuchują i namierzają. Cała akcja pokazana jest z dwóch punktów widzenia – ściganego i ścigających.

Zaskoczenie jest więc podwójne i emocje poniekąd też. Tym bardziej że rozpisane na naprawdę znakomite sceny: wymykanie się obławie na londyńskim dworcu Waterloo, gonitwa po dachach Tangeru, samochodowy wyścig po ulicach Nowego Jorku muszą robić wrażenie, choć inscenizowane są nieco inaczej niż klasyczne rozwałki, pościgi i demolki. Greengrass owszem dba o efektowność, potrafi angażować emocje i intelekt, ale przy okazji dociera też do cielesnego mięsa. Strach i zaszczucie nie są jedynie sygnalizowane konwencją, stają się realnym odczuciem. Tak samo realna jest śmierć. Bourne’a wciąż nawiedzają ukazywane w migotliwych flashbackach wizje śmierci, które zadawał i których był świadkiem, a ekranowe zabijanie nie jest anonimowe i obojętne, ale zadawane w chaotycznej walce, w bólach, bez rutyny.

W większości filmów akcji zadaniem szpiegów, agentów, policjantów jest sprawne wymierzanie ciosów, epatowanie łatwą przemocą i atrakcyjnymi gadżetami. Tutaj tego nie ma. Greengrass krwawe jatki zastępuje zawrotną dynamiką, a kolejne elementy układanki powoli wydobywa z chaosu scen filmowanych nerwową kamerą. Montażowymi cięciami rozbija akcję na atomy, po czym ponownie składa ją w całość, prowadząc swego bohatera do odkrycia tajemnicy nieszczęsnego istnienia.
Aż żal, że na tym filmie saga o Bournie powinna się, dla jej własnego dobra, zakończyć. Istnieją wprawdzie dwie kolejne powieści "Dziedzictwo Bourne’a" i "Zdrada Bourne’a" napisane przez Erika Van Lustbadera na podstawie luźnych notatek Ludluma, a studio Universal rozważa przeniesienie ich na ekran. Tyle że jakość tych książek utrzymania poziomu serii nie gwarantuje.



"Ultimatum Bourne’a"
USA 2007; Reżyseria: Paul Greengrass; Obsada: Matt Damon, Julia Stiles, Paddy Considine, David Strathairn; Dystrybucja: UIP; Czas: 110 min
Premiera: 7 września