Prima Aprilis
Fińsko-czeski debiut Juliusa Sevcíka to falstart. Po kilkunastu minutach tandetnego oczopląsu marzymy tylko o jednym: Reset, restart, finał.
- Francois Ozon lubi przebieranki
- Nie czekaj na mnie w Argentynie
- Różowa landrynka
- Egzorcyzmy Michaeli Klinger
- "Arabela" ma już 30 lat!
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-05-24

temp. min 8°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Singielka ma chłopca, ale jakoś męczy się w duecie. Dlatego szuka nowego kandydata do tandemu. A pierwszego kwietnia zażartuje z miłości. Za prima aprilis spotka ją sroga kara moralna. Jak łatwo się zorientować, "Restart" Sevcíka bardzo przypomina "Wieżę" Agnieszki Trzos. Podobieństwa te dotyczą zarówno fabularnych mielizn, jak i tak zwanych narracyjnych szaleństw. Jedno i drugie jest mocno tandetne.
Sylva - w tej roli Lenka Krobotová, która gra właśnie Gruszeńkę w realizowanej w Krakowie adaptacji "Braci Karamazow" Petra Zelenki, włóczy się po praskich trotuarach, a nocami balanguje. Do białego rana. Imprezy są oczywiście smutne, a kluby nieprzyjazne. Clubbing też nie jest przyjazny (dla uszu), gdyż w tle słychać ciągle ten sam drętwy kawałek. Pierwszego kwietnia Sylva zaszaleje ponad miarę, po czym wykona pobudzony telefon do przyjaciela, informując go, że po ostatnim disco poszła w tango. Z jego bratem.
No a potem to już niewiele wiadomo. "Restart" jest bowiem filmem jednocześnie nowo falowym, estetycznie wypindrzonym, a przy okazji nudnym, bezmyślnym i jałowym. Wiemy tylko tyle, że Sylva goni za miłością. Wędruje na cmentarz, spowiada się mamusi, potem widzi to i owo na jawie i we śnie. Wraca na dyskotekę. Chciałaby wódki, a dostaje wodę. Z ekranu kapie jedno wielkie wodolejstwo.
Wątła fabułka w żaden sposób nie jest w stanie nadążyć za operatorskimi szaleństwami fińskiego prymusa na dorobku - Kasimira Lehto. Gdyby historia desperackiej gonitwy Sylvy za miłością została opowiedziana spokojnie, bez żadnych "restartów", być może debiut Sevcíka dałoby się oglądać bez zażenowania. W obecnym kształcie, na trzeźwo, to niemożliwe. Subiektywna kamera Lehto dobija to, co jeszcze było w tej historii do uratowania.
Wątki rwą się i wracają, fantazje bohaterki okazują się rzeczywistością, za to jawa nie jest tylko sennym koszmarem. Praga wygląda w "Restarcie" jak prowincjonalne dantejskie inferno. To miasto z jedną czynną tancbudą, pięcioma mieszkańcami na krzyż (film był chyba bardzo tani), oraz uroczym cmentarzem komunalnym. Jako osobliwy bonus nieustannie musimy jeszcze wysłuchiwać licznych, atrakcyjnych rewelacji, z których wynika, że np. metroseksualni, wygoleni chłopcy aktualnie nie podobają się już wesołym czeskim dziewczętom, obecnie na topie są natomiast faceci duzi, włochaci i umięśnieni. W filmie jakoś ich nie widać. W ogóle widać niewiele, bo ciągle jest ciemno, coś smętnie dudni, za to obraz nieustannie przeskakuje.
Sylva biegnie do szczęścia jak Lola z zupełnie innego filmu. Dostaje zadyszki, a może nie dostaje. Uprawia zwierzęcy seks w stringach, w majteczkach w różowe misie, albo nie uprawia.
Wyjaśni narzeczonemu, że go kocha, albo powie mu, że go nienawidzi. Czeski film: nikt nic nie wie. I w końcu jedno tylko w tej męczącej zabawie jest ponad wszelką wątpliwość. Kiedy
"Restart" wreszcie się skończy, odetchniemy z ulgą. Prima aprilis?
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!