"Zakazany owoc", jego reżyserski debiut, to komedia, której nie powstydziłby się Woody Allen. Opowiada o niemożliwym uczuciowym trójkącie: dwaj przyjaciele z dzieciństwa: katolicki ksiądz (Norton) i rabin (Ben Stiller) podkochują się w tej samej dziewczynie, również koleżance ze szkolnych czasów Annie (Jenna Elfman). W obu przypadkach sprawę komplikuje religia – księdza obowiązuje celibat, rabin nie może związać się z byle siksą. No i żaden z nich nie chce zrujnować wieloletniej przyjaźni...

Ironicznie zarysowany punkt wyjścia jak z kiepskiego dowcipu staje się okazją do prostych gagów (Norton w płonącej sutannie!), sarkastycznych dialogów i nieoczekiwanych fajerwerków w tle (Miloš Forman w błyskotliwym epizodzie jako ojciec Havel). Ale jest też popisem świetnego aktorstwa – Ben Stiller rzadko bywa tak subtelny i zniuansowany, zaś Norton odkrywa nieoczekiwany talent komediowy, którego nie spodziewalibyśmy się po nim, znając jego wcześniejsze dramatyczne kreacje w "Lęku pierwotnym", "Więźniu nienawiści", czy "Podziemnym kręgu".

Także jako reżyser Norton sprostał zadaniu. Być może dlatego, że reżyserskie umiejętności szlifował na planie "Więźnia nienawiści" (1998), przejmującego dramatu, w którym stworzył jedną ze swoich ikonicznych ról: neonazisty skazanego za morderstwo na tle rasowym. W środowisku filmowym tajemnicą poliszynela jest fakt, że reżyser Tony Kaye, delikatnie mówiąc, miał problemy z zapanowaniem nad materią filmu i obraz udało się skończyć tylko dlatego, że Norton przejął jego obowiązki.


Edward Norton z całą pewnością jest człowiekiem czynu. By zebrać pieniądze na działałność Maasai Wilderness Conservation Trust – fundacji, której przewodniczy i której zadaniem jest stworzenie rezerwatu chroniącego ekosystem i unikalną kulturę afrykańskiego plemienia Masajów – Norton przebiegł nowojorski maraton. Dzięki temu, bolesnemu, jak sam przyznał, występowi zdobył blisko milion dolarów. Jest także członkiem rady nadzorczej Enterprise Communication Partners, organizacji non profit, która buduje domy dla najuboższych. Notabene założycielem tej instytucji był dziadek aktora, znany developer James Rouse, który dosłownie wybudował kilka amerykańskich miast – w tym rodzinną Columbię Nortona.

Niewielu hollywoodzkich gwiazdorów może poszczycić się takim rodowodem i takim autentycznym zaangażowaniem w sprawy społeczne. Zamiast adoptować kolejne sieroty w blasku fleszy, Norton dogłębnie studiuje kwestie międzynarodowej polityki i potrafi zadziwić dziennikarzy, przerzucając się swobodnie z tematu swojej filmowej kreacji na najnowszy raport ONZ dotyczący ekosystemów i bioróżnorodności.

Norton nie musi też traktować swojej aktorskiej kariery jako sposobu na zarabianie pieniędzy. Dlatego może pozwolić sobie na swobodę i różnorodność w doborze ról. W swoim dorobku ma więc zarówno rozrywkowe kino, komercyjne hity w rodzaju "Włoskiej roboty" (Norton jako szwarccharakter to rozrywka sama w sobie) czy "Czerwonego smoka", jak i bardziej ambitne projekty, które nawet jeśli nie osiągają oszałamiających wyników finansowych, to bez wątpienia wpisują się w historię współczesnego kina, jak "Podziemny krag" Finchera czy "25. godzina" Spike’a Lee.

Nortona nigdy nie martwiła kasowość – do tego stopnia, że nie przejął się nawet tym, iż dwa jego ostatnie filmy: więzienny dramat "Stone", w którym partnerował mu sam Robert De Niro, oraz komedia „Co w trawce piszczy”, w której wystąpił w podwójnej roli dobrego i złego brata bliźniaka, trafiły prosto na DVD bez premiery kinowej. Może dlatego, że koncentruje się już na kolejnym projekcie – wreszcie wchodzi w fazę produkcji reżyserowana przezeń adaptacja powieści Jonathana Lethema "Osierocony Brooklyn". Premierę zapowiedziano na 2013 rok, a Norton zagra w niej także główną rolę – detektywa cierpiącego na syndrom Tourette’a. Niektórzy mówią: gwarantowany Oscar.