Głównym punktem programu zorganizowanego cztery tygodnie temu w Warszawie benefisu Jerzego Hoffmana było widowisko plenerowe, którego tytuł wydaje się trafnie charakteryzować pozycję, jaką ten reżyser zajmuje w naszej kinematografii. "Wielki Hetman Filmu Polskiego" – autor "1920 Bitwy Warszawskiej" jest nim przynajmniej od czasu ekranizacji "Potopu". Praca nad adaptacją Sienkiewiczowskiej arcypowieści wywołała narodową debatę i zaciekłe dyskusje na temat obsady. Przygotowaniami, pracą na planie i premierą (1974), a potem nominacją filmu do Oscara (ostatecznie "Potop" przegrał wyścig o statuetkę z "Armacordem", arcydziełem Federica Felliniego), żył bez mała cały kraj. "W ostatnim sezonie wymienia się dwa takie: triumf drużyny piłkarskiej we Frankfurcie i nasz film (...). Jest to największe widowisko zrobione w Polsce od czasów osady starosłowiańskiej w Biskupinie (V wiek p.n.e.) (...)" – pisał Zygmunt Kałużyński. Słynny krytyk miał wiele racji – "Potop" do dziś jest rekordzistą naszej kinematografii. To najdłuższy film (projekcja trwa ponad pięć godzin), na ekranie pojawia się siedemdziesięciu aktorów pierwszoplanowych, sześciuset drugoplanowych i czterdzieści tysięcy statystów, na potrzeby których uszyto dwadzieścia trzy tysiące kostiumów. Zapewne jeszcze długo na taki rozmach żaden z krajowych twórców nie będzie mógł sobie pozwolić.

Najnowszą fabułą Hoffman też wyprzedził branżę – wszak "1920 Bitwa Warszawska" to pierwszy polski film zrealizowany w technice trójwymiarowej. Wychodzenie przed szereg zawsze było znakiem rozpoznawczym urodzonego w 1932 roku reżysera. W swoim debiucie, zrealizowanym wraz z Edwardem Skórzewskim "Uwaga, chuligani!" (1955), poruszył tematykę, która w kinie wczesnej PRL była zakazana. Film traktował o pladze chuligaństwa wśród warszawskiej młodzieży. Złośliwi twierdzili, że Hoffmanowi i Skórzewskiemu udało się go zrobić tylko dlatego, że obaj byli świeżo upieczonymi absolwentami szkoły filmowej w Moskwie – władzom niezręcznie było nakładać zakazy na artystów przybywających ze stolicy proletariatu. Faktem jest, że jako pierwsi przedstawili demaskatorski obraz o życiu współczesnej młodzieży, który zapoczątkował tzw. czarną serię, przełomowy nurt w polskim dokumencie.


Novum w naszej kinematografii stanowiło inne dzieło tego tandemu. "Prawo i pięść" (1962), historia tużpowojennej rekolonizacji Ziem Odzyskanych przez Polaków, to solidne kino gatunkowe, najlepszy rodzimy western, w którym sensacyjna fabuła jest pretekstem do ukazania dylematów moralnych towarzyszących jednostce w konfrontacji z presją pozbawionego skrupułów środowiska – tu szabrowników rabujących poniemieckie mienie.

W 1969 roku Hoffman zekranizował "Pana Wołodyjowskiego", trzecią część "Trylogii", która – jak mówi – była jedną z najważniejszych książek jego życia. Zetknął się z nią podczas wywózki na Syberię, gdzie na pół dekady została zesłana część jego rodziny. Zsyłka uratowała Hoffmanów przed Holocaustem – wszyscy pozostali w Polsce bliscy zginęli. Po latach reżyser przyznał, że kiedy wczytywał się w losy Sienkiewiczowskich szaławiłów, szalonych kochanków i romantycznych patriotów, ukształtował się jego charakter i światopogląd. Kiedy w czasie antysemickiej nagonki 1968 roku naciskano, by opuścił kraj, odparł, że ponieważ ma żonę Rosjankę, wyemigrować może tylko do Związku Radzieckiego. Przed tak chytrym dictum władze skapitulowały.

Hoffman powtarza, że zawsze chciał, by na jego filmy przychodziły tłumy. W latach 70. spełniał to marzenie z żelazną konsekwencją. "Potop" obejrzało ponad 27 milionów Polaków. Hitami kasowymi okazały się także inne adaptacje literatury popularnej: "Trędowata" (1976) Mniszkówny i "Znachor" (1982) Dołęgi-Mostowicza. Tylko raz pokazał inną twarz – w chyba najbardziej osobistym filmie w karierze, "Wedle wyroków twoich" (1984), dotknął problematyki Holocaustu.

Po upadku komunizmu wrócił do przygodowego kina historycznego. Nakręcił "Ogniem mieczem" (1999), pierwszą superprodukcję III RP – która zapoczątkowała nurt kina lektur szkolnych, obrazów kasowych, ale wyszydzanych przez krytykę – a potem "Starą baśń" (2003). "Mówią, że robię filmy drugiej kategorii, dla masowej publiczności, bo ludzie chcą je oglądać. Rozumiem, że prawdziwie ambitne, głębokie filmy to te, które chce oglądać jedynie rodzina reżysera" – kontratakował reżyser. Jednak nawet najwięksi oponenci przyznają, że Hoffman jest świetnym rzemieślnikiem, który zdobywa gigantyczne w naszych warunkach budżety i kręci co, z kim i jak chce. Jak na hetmana polskiego kina przystało.

1920 BITWA WARSZAWSKA | Polska 2011 | reżyseria: Jerzy Hoffman | dystrybucja: Forum Film | czas: 112 min