Film "Niepokonani" powstawał siedem lat. Długo...

Peter Weir: Pracowałem przez ten czas nad trzema innymi projektami. Myślałem o nich bardzo poważnie, ale nie doszły do realizacji, nie spełniły się z różnych powodów. Na początku był sam pomysł na "Niepokonanych". I on dojrzewał. Książkę Sławomira Rawicza "Długi marsz" przeczytałem dopiero w 2007 roku. Zacząłem nad nią pracować rok później, czyli można powiedzieć, że tak bardzo intensywnie nad filmem pracowałem zaledwie trzy lata. Rok na scenariusz, rok na zdjęcia, rok na montaż, więc nie jest tak źle.

Co w książce Rawicza było najważniejsze, warstwa dokumentalna czy może dramaturgiczna? Pytam, bo przecież dziś wiemy, że choć do tak brawurowej ucieczki doszło, autor nie brał w niej udziału. Co zatem było bardziej interesujące, prawda czy fikcja?

Najważniejsze było, aby uprawdopodobnić ucieczkę do Indii. Chciałem sprawić, by widz poczuł, że przebyta przez bohaterów ekstremalna droga naprawdę mogła się zdarzyć. A to, czy odbył ją Sławomir Rawicz, czy ktoś inny, miało już drugorzędne znaczenie. Najważniejsze było potwierdzić autentyczność samego dokonania, to, czy ludzie mogli uczestniczyć w marszu.

W takim razie jak dużo z książki zawarł pan w scenariuszu?

Od samego początku najważniejsze były postaci i to, skąd znajdowały siłę do tak ogromnego wysiłku. To, co różni film od książki, to postać Janusza – to bohater dodany przeze mnie. Czynnik, który pcha go do działania, to chęć przebaczenia żonie za to, że na niego doniosła. I rzeczywiście, dla mnie jest to dość niezwykłe zachowanie, klasycznymi motywami takich filmów byłaby zemsta albo gniew. Tutaj jest to przebaczenie. Dla mnie to esencja filmu, dlatego tak zależało mi na obecności Janusza. Jeśli chodzi o książkę, wziąłem z niej trzy kluczowe elementy – postać pana Smitha, czyli tajemniczego, małomównego Amerykanina, który znajduje się w nieprzyjaznej, odległej kulturze; postać Ireny, która w książce nazywa się Krystyna, oraz scenę jedzenia węży.


Łatwo było namówić gwiazdy do tego projektu? Ed Harris, Colin Farrell...

Tego typu ryzykowne projekty jak "Niepokonani" przyciągają odpowiednie osoby. Myślę, że nie ma tu przypadków. Niektórzy są od razu zainteresowani, są też aktorzy, którzy nigdy nie przyjdą na casting do takiego filmu. Ed Harris i Colin Farrell nie boją się wyzwań, chcą próbować czegoś nowego. Nasze zdjęcia to było bez wątpienia ciężkie, nienaturalne przeżycie dla gwiazd Hollywood. Przypominały prawdziwą wyprawę. Mieliśmy trudne warunki pracy, dodatkowo aktorzy mieli trudne emocje do zagrania. Nie było mowy o żadnych wygodach. Proszę mi wierzyć, dla całej ekipy było to ekstremalne doświadczenie. Jednak wszyscy staraliśmy się czerpać z tego jakąś naukę, odbierać okoliczności w kategoriach pozytywnych.

Uchwycił pan surowe piękno Syberii, z drugiej strony ta przestrzeń rodzi poczucie klaustrofobii, izolacji całkowitej.

Myślę, że udało mi się to przekazać słowami komendanta, który przywitał nowo przybyłych do gułagu więźniów deklaracją, że tak naprawdę przyroda jest ich więzieniem. W przypadku tej historii trzeba rozgraniczyć dwa aspekty: bycie więźniem człowieka i więźniem przyrody. Sama przyroda jest tutaj ograniczeniem – są upały, burze śnieżne, ulewy, dzikie zwierzęta, insekty. Ale ja bym zaryzykował tak jak postaci w filmie. Wolałbym uciec i zginąć z ręki przyrody niż z ręki drugiego człowieka.

Przyroda potrafi być sprzymierzeńcem człowieka, jednak częściej nad nim dominuje. Uogólniając, można powiedzieć, że wszystkie pana filmowe postaci w swoich ograniczeniach odnajdują ogromną siłę.

Zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz. Na co dzień uciekam od definicji, staram się unikać punktów stycznych we własnej twórczości. Ale ma pani rację. Myślę, że ważnym odniesieniem jest to, że jestem Australijczykiem – urodzonym i wychowanym na Antypodach. Większość młodości spędziłem w Australii, to miało na mnie bez wątpienia ogromny wpływ. Pamiętam, że jako młody człowiek odbyłem pierwszą w życiu podróż statkiem do Grecji, wówczas trwało to pięć tygodni – to był bodaj ostatni rejs, który odbył się w 1965 roku. Ta podróż dała mi bardzo wiele, doceniłem przestrzeń, którą miałem w Australii, pustynie, stepy, dzikie krajobrazy. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę z odległości, poczułem fizycznie, jak daleko – my Australijczycy – byliśmy od Europy. W pewnym sensie ta podróż trwa do dzisiaj.