Woody Allen przyznał, że "O północy w Paryżu" przypomina nieco bajkę o Kopciuszku. Tyle tylko że Kopciuszek jest mężczyzną, a północ to nie kres iluzji, ale początek.

Léa Seydoux: To prawda. To właśnie ujęło mnie w tej historii. Główny bohater Gil o północy przenosi się w przeszłość i spotyka bohaterów, których podziwia – Scotta Fitzgeralda, Gertrudę Stein, Ernesta Hemingwaya, Salvadora Dalego. Żałuje, że nie żyje w ich czasach, marzy o belle époque, inspirujących rozmowach, tajemniczych kobietach.

Allen mówi wyraźnie – to my kreujemy czasy, w których żyjemy, możemy wszystko zmienić, jeśli tylko znajdziemy w sobie odwagę.

Rozumiem niezdecydowanie Gila – ma narzeczoną, co z tego, że nie jest szczęśliwy, ma zaplanowaną przyszłość, bezpieczeństwo finansowe. Jako pisarz jest niespełniony, stracił wenę i właśnie Paryż wyzwala w nim pokusę, że może coś zmienić, zawalczyć o swoje marzenia. Woody Allen mówi coś jeszcze, zawsze tęsknimy za miejscem, w którym nas nie ma. Wydaje nam się lepsze, idealizujemy je. Ja też tak mam – kiedykolwiek jestem poza Paryżem, zdarza mi się często zamykać oczy i wyobrażać sobie, że jestem właśnie tam. Urodziłam i wychowałam się w tym mieście, Paryż nie ma dla mnie tajemnic. Tu czuję się bezpiecznie, otoczona ulubionymi przedmiotami, piękną architekturą, zapachami, kolorami.

Allen przyznał, że gdyby nie Nowy Jork, wybrałby Paryż i tu zamieszkał. Gil realizuje jego marzenie.

Jestem fanką Allena, a on sportretował moje ukochane miasto. Podobnie mam, gdy oglądam "Amelię", ale Jean-Pierre Jeunet jest Francuzem, więc dla niego nie było to chyba takie wyzwanie. Zastanawiałam się, jak spojrzy na Paryż cudzoziemiec. Woody Allen przede wszystkim czuje, odbiera wszystko bardzo emocjonalnie. Wciąż trudno jest mi uwierzyć, że zagrałam u niego, przecież dorastałam, oglądając jego filmy. Skrycie marzyłam, ale to było jedno z tych pragnień, o którym nikomu nie mówisz, bo nie chcesz zostać posądzona o zuchwałość... Pamiętam okres, kiedy namiętnie oglądałam "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać". Mogłam mieć może 8 lat. Umierałam ze śmiechu.

A podobał ci się sposób pracy Allena, to, że daje mało wskazówek, tylko fragmenty scenariusza, a na planie jest raczej małomówny?

Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Lubię dreszczyk emocji, to podniecające i mobilizujące nie wiedzieć, co cię czeka, jak potoczy się historia. Wydaje mi się, że każdą rolę, każdą postać należy budować od zera, tak jakbyśmy nie mieli bagażu swoich doświadczeń, jakbyśmy nic nie wiedzieli, nie mieli pod ręką scenariusza, by móc przeczytać, co ma się potem wydarzyć.


Dołączyłaś do grona aktorek Allena. Jak się czujesz pośród takich sław jak Mia Farrow, Diane Keaton, Dianne Wiest, Judy Davis, Julia Roberts...

To wyróżnienie, ale nie czułam presji. Wydaje mi się, że trzeba pamiętać o utalentowanych kobietach, z którymi Allen współpracował, wiele z nich to moje ulubione filmowe postaci. Z drugiej strony nie można być pod zbyt dużym wrażeniem, to by było onieśmielające, gdybym myślała, z kim wcześniej pracował. Nie dałabym rady stanąć na planie i wypowiedzieć kwestii, cały czas myślałabym, czy jestem tak dobra jak Mia Farrow albo Diane Keaton.

Porównań nie lubisz, a konkurencję? Jak europejska aktorka przedziera się przez castingi w Hollywood?

Interesuje mnie międzynarodowa kariera, ale nie mam ciśnienia, nic na siłę. Wiem, że co drugi aktor tak mówi, mam świadomość tego, jak duża jest konkurencja w tej branży. Jednocześnie myślę, że moje wady – to, że pochodzę z Europy, mam silny francuski akcent – mogą stać się atutami, czymś, co mnie wyróżnia. I nie jest to snobizm, po prostu mam świadomość tego, jaka jestem. Ktoś może uznać, że to przeszkadza, ktoś inny dostrzeże w tym coś wyjątkowego.

Dostrzegł to Quentin Tarantino, zagrałaś w "Bękartach wojny", zauważył Ridley Scott i powierzył rolę w "Robin Hoodzie", podobnie Jessica Hausner, która obsadziła Cię w "Lourdes".

Praca z Quentinem była czymś szalonym. To wizjoner, odważny twórca, który nie lubi schematów, jest oryginalny. Ridley Scott to profesjonalista, u niego wszystko jest poukładane, nie ma niespodzianek, to prawdziwa przyjemność. Z kolei Jessica Hausner robiła niszowe, europejskie kino i to było wyzwanie. Właśnie dla tej różnorodności lubię aktorstwo, szansę na przygodę, jaką daje kino. Uwielbiam pracować nad artystycznymi projektami, ale produkcje wysokobudżetowe też kuszą. I wcale nie muszą być mało ambitne.

Teraz pracujesz z Tomem Cruise’em nad czwartą częścią "Mission: Impossible".

To niesamowite przeżycie. Moja bohaterka to czarny charakter bez skrupułów. Choć cała akcja skupiona jest wokół Ethana Hunta, moja postać też trochę namiesza. Fajnie, że producenci zdecydowali się zatrudnić nieznaną francuską aktorkę, która najchętniej nie wyjeżdżałaby z Paryża, tylko łaziła uliczkami i myślała o niebieskich migdałach. Kocham tę pracę, to przywilej podróżować pierwszą klasą, poznawać sławnych ludzi, uczyć się od nich. Ale gdy światła gasną, jestem typową dziewczyną z 11. dzielnicy Paryża, która żyje normalnie, kocha sztukę, spokój i... nudę.

A co ta typowa dziewczyna robiłaby o północy w Paryżu?

Polecam spacery. Nocne szczególnie, są bardzo romantyczne. Nie lubię miejsc obleganych, wybieram te nieopisane w przewodniku. Nocą jest mniej turystów, Paryż jest rozświetlony przez neony, latarnie, kawiarnie. Łatwiej poddać się atmosferze. Poza tym wiele miejsc jest czynnych całą dobę, można dobrze zjeść, położyć się na trawie, popatrzeć w gwiazdy. Kocham Paryż przede wszystkim za to, że jest miastem inspiracji. Wystarczy wyjść na ulicę, usiąść w kawiarni i dyskutować z nieznajomym przez kilka godzin. Nie trzeba przenosić się w czasie.