Jako pierwszy tego przywileju dostąpił Rupert Grint, odgrywający w filmie rolę Rona Weasleya – przyjaciela Harry'ego Pottera. Obdarzony płomienną czupryną i piegami Grint podziękował autorce przygód czarodzieja z Hogwartu, J.K. Rowling, za "wszystko, co zrobiła dla rudzielców", w tym także dla niego.

Grint powiedział, że czuje wielkie wzruszenie, będąc na prapremierze ostatniego filmu, choć każda część była dla niego "wyjątkowa". Dodał, że filmy o Harrym Potterze uczyniły go tym, kim jest. Przyznał też, że ma wątpliwości, czy jeszcze kiedyś nadarzy mu się okazja, by wziąć udział w równie ambitnym przedsięwzięciu.

Największe brawa i okrzyki towarzyszyły Emmie Watson odtwarzającej postać Hermiony oraz Danielowi Radcliffe'owi – odtwórcy tytułowej roli, który specjalnie na tę okazję przyjechał z Nowego Jorku.

Według "Timesa" za pierwszy film Radcliffe dostał tylko 75 tys. USD, ale za drugi już 2 mln – w wynegocjowaniu wyższego honorarium pomógł mu związek zawodowy aktorów. Obecnie jego fortunę ocenia się na kilkadziesiąt milionów dolarów. Na brak zajęcia nie może też uskarżać się Hermiona-Watson, próbująca szczęścia jako modelka i aktorka.

Wzdłuż czerwonego dywanu o długości 1,2 km, rozpostartego między placami Trafalgar Square a Leicester Square, uchodzącym za kinową mekkę Londynu, miejsca były zarezerwowane od kilku dni. Ok. 8 tys. fanów czekało tam od poniedziałku, koczując u stóp kolumny Nelsona i pilnując swojego miejsca.

Nie dali się zniechęcić ulewie, ani innym zjawiskom pogodowym zesłanym – jak żartowano – przez wrogie, nadprzyrodzone moce.


Wiele osób specjalnie na tę okazję przyjechało spoza Londynu, a nawet z innych krajów, np. Argentyny i Chin, i przebrało się za postacie z książek. Do kina można było trafić po ciemku, ponieważ drogę rozświetlał las czarodziejskich różdżek na baterie. Popularne były też rude peruki, stożkowate kapelusze i czarne peleryny.

W pobliżu głównego miejsca akcji – sceny, na której ustawiono dużych rozmiarów telebim – umieszczono rekonstrukcję ulicy Pokątnej, czyli książkowej ulicy, gdzie nieopierzeni czarodzieje zaopatrywali się w atrybuty sztuki magicznej. Wrażenie było tym bardziej surrealistyczne, że na Leicester Square trwają właśnie roboty.

Recenzenci, którzy dostąpili przywileju obejrzenia filmu przed zwykłymi śmiertelnikami, są pod wrażeniem efektów specjalnych. Jeden z krytyków napisał, że obraz jest "tak przepełniony magią, że aż się od niej przelewa". Z pewnością producenci nie oszczędzali na pirotechnice. Największe wrażenie robi pojedynek wszech czasów – Harry Potter naprzeciw swego zaciekłego wroga, Lorda Voldermorta, który przez poprzednie siedem filmów czyhał na życie chłopca.

Jednak zanim mogło dojść do ostatecznego starcia, młody czarodziej musiał wiele przejść. Film obfituje w sceny ponure i mroczne, a ich wymowę podkreśla technologia 3D.

Recenzenci chwalą kreację aktorską Ralpha Fiennesa w roli Voldermorta, Alana Rickmana jako Severusa Snape'a oraz Maggie Smith odtwarzającej Minerwę McGonagall. Niektórzy mają im jednak za złe, że jako profesjonaliści z ogromnym stażem przyćmili Watson, Radcliffe'a i Grinta.

15 lipca film wchodzi na ekrany m.in. w Wielkiej Brytanii, USA i Polsce. Jak dotąd producent, hollywoodzkie studio filmowe Warner Bros., zarobił według szacunków ok. 4 mld euro. Na obejrzenie wszystkich ośmiu filmów trzeba byłoby poświęcić 20 godzin. Pierwszy został nakręcony w 2003 roku.

Pisząc pierwszą książkę, przyszła pisarka J.K. Rowling była nikomu nieznaną sekretarką z Edynburga, bez stałego zajęcia, po rozwodzie i z córką na utrzymaniu. Obecnie jej fortunę ocenia się na ok. 500 mln funtów, a opowieści jej autorstwa o przygodach młodego czarodzieja przetłumaczono na 69 języków.