Pamięta pan jeszcze tę rolę? Bo chwilę trwało, zanim "Erratum" trafiło na ekrany.

TOMASZ KOT: Pamiętam, bo jak cały film jest wyjątkowy i sposób opowiedzenia tej historii jest odmienny od reszty, tak też praca nad nim była wyjątkowa. Ja takie rzeczy akurat koduję, bo to część mojego bagażu zawodowego. Doświadczenie, które tam zdobyłem, pozostaje żywe.

Myśli pan, że rola Michała Bogusza zostanie odczytana jako pokoleniowa? Na pewno ujmuje doświadczenie wspólne dla obecnych trzydziestoparolatków – pierwszego poważniejszego rozczarowania życiem...

Odbiór filmu to już jest konsekwencja tej pracy – nie zastanawiałem się nad nim na pewno, ani czytając scenariusz, ani przyjmując rolę. Bardziej mnie zastanawiała forma filmu i sam sposób budowania roli, czyli to, czego oczekiwał ode mnie Marek Lechki, jak on to sobie wyobrażał. Bohater jest moim rówieśnikiem i faktycznie przychodzi taki moment, kiedy człowiek zaczyna weryfikować, czy wszystkie wybory były trafne – a ten film jest ewidentnie o tym. Mam sygnały od widzów, że film do nich wraca, że po nim zaczynają się zastanawiać nad swoim życiem.

Rola jest skupiona na wewnętrznych przeżyciach bohatera, zestaw środków aktorskich do jej budowania był skromny. Było trudno?

Chodziło o wytworzenie pewnej wewnętrznej intensywności. Oczywiście musi być w tym też jakiś przewód intelektualny, dlatego przy tego typu pracy tak ważna jest współpraca z reżyserem. Z Markiem bardzo szybko się dogadaliśmy, właściwie po pierwszych ujęciach, kiedy faktycznie jeszcze nie wiedziałem, w jakim kierunku to idzie i jakie środki mam dobierać. Na pewno musiałem porzucić rodzaj aktorstwa, w którym się wyćwiczyłem w ciągu ostatnich kilku lat. To było odświeżające.

Może dlatego że Lechki miał na pana inny pomysł niż reżyserzy obsadzający pana w komediach?

W moim przypadku wszystko odbywa się dość szybko i burzliwie. Premiera "Skazanego na bluesa" była w 2005 roku, od tamtej pory było kilka filmów i seriali, które jakoś wynikały jedne z drugich. Rola u Lechkiego była pierwszą dramatyczną propozycją w ciągu tych sześciu lat.


Chciałabym częściej oglądać Tomasza Kota w takim wydaniu niż takiego z "Wojny żeńsko-męskiej" Palkowskiego. Nie boli pana, że proponują panu role takich typów?

Ja się cieszę, że Łukasz Palkowski proponuje mi rolę w swoim nowym filmie... To nie są rzeczy łatwe do przewidzenia, jak film zostanie ostatecznie odebrany. "Erratum" kręciłem równolegle z "Ciachem" i wcale nie było od razu wiadomo, że jeden będzie dobry, a drugi zły.

A "Yuma" będzie dobra?

Mam taką nadzieję, bo miałem tam bardzo ciekawe zadanie aktorskie. To kolejna zupełnie inna rola, pierwszy czarny charakter w mojej karierze – staram się jednak nie ugrzęznąć w tej komedii...

Stąd też decyzja o "ucieczce" do Kalisza?

Ten wyjazd planowałem od roku. Ale kiedy podałem to do wiadomości publicznej, przeczytałem, że Kot ucieka, że się boi... A chodziło o możliwość zagrania w dobrej sztuce.

Co to za sztuka?

Austriacki tekst "Mój Nestroy" – polska prapremiera będzie na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych w maju. Opowiada o XIX-wiecznym aktorze, reżyserze, który królował na przedmieściach Wiednia. Na początku kariery miał ambicje bycia genialnym aktorem dramatycznym, potem poszedł w stronę burleski, ale chciał wrócić do poważnego repertuaru, co mu się nie udało. Jednak kiedy umierał, opłakiwał go cały Wiedeń.

Widzę paralelę aktorskich losów...

Ja już chyba wróciłem!