"Tron" był pańskim debiutem fabularnym. Wcześniej pracował pan tylko przy filmach animowanych. Miał pan tego dosyć?

Steven Lisberger: Nie, choć latach 60. i na początku 70. pokutowało przekonanie, że animacja jako sztuka się skończyła. Myślałem wtedy, że skoro jest w takiej kiepskiej formie, lada moment musi pojawić się w niej objawienie. Ja i grupa moich przyjaciół – byli w niej m.in. późniejsi założyciele Pixara – czuliśmy, że nadchodzi jakaś zmiana, ale nie wiedzieliśmy jeszcze, jak to uchwycić. Zresztą w porównaniu z nimi miałem skrajnie awangardowe podejście do animacji, odrzucałem wszystko, co kojarzyło się choćby odrobinę z tradycją.

To dlaczego zgłosił się pan z projektem "Tronu" do Disneya? W 1982 roku nie było chyba bardziej tradycyjnego producenta.

Zadzwoniliśmy do Disneya z desperacji. "Tron" miał być początkowo niezależną produkcją. Mieliśmy na niego bardzo awangardowy pomysł, więc nie chcieliśmy, by mieszała się nam do tego projektu komercyjna wytwórnia. Oczywiście po pewnym czasie skończyły nam się pieniądze. Ludzie z Disneya powiedzieli, żeby przywieźć im to, co mamy. Byłem zaskoczony, kiedy zgodzili się finansować "Tron". Jestem przekonany, że ten film udał się dlatego, że Disney nie był zaangażowany w projekt od początku. Poza tym w tamtym czasie szefem produkcji w Disneyu był bardzo młody i otwarty człowiek, który dał nam mnóstwo wolności. I on, i my wiedzieliśmy, że tworzymy coś, co przekracza granice. Mieliśmy megalomańskie poczucie, że robimy coś na miarę "2001: Odysei kosmicznej".

Opowiadaliście historię świata rządzonego przez komputery. Jak czuł się pan, widząc rozwinięcie tej koncepcji w "Matriksie""?

Czułem satysfakcję, że byliśmy pierwsi. Tyle że za bycie pierwszym zazwyczaj płaci się sporą cenę. Nasz projekt pojawił się chyba za wcześnie, przez co sporo straciliśmy. Kiedy „Tron” wchodził do kin, ludzie sądzili, że to będą takie "Gwiezdne wojny", więc poczuli się rozczarowani, kiedy okazało się, że nie są. Kiedyś wierzyłem, że publiczność zmienia się pod wpływem wizjonerów czy artystów. Dziś już wiem, że to nieprawda.


Z jakim kinem pan dorastał?

Absolutnym nietaktem było chodzić na filmy amerykańskie. Mama uwielbiała animacje Disneya i to chyba były jedyne amerykańskie filmy, które oglądałem jako dzieciak. Choć sensację w moim domu wywołała też "2001: Odyseja kosmiczna". Szanowaliśmy kilka filmów z Jackiem Nicholsonem. Na mnie największe wrażenie wywarła "Żółta łodź podwodna" z Beatlesami. Na początku tego filmu jest ujęcie faceta trzymającego rurę, które zostało nakręcone jako czarno-białe, a potem ręcznie pokolorowano klatkę filmową. Po raz pierwszy zobaczyłem coś takiego. Ten film podsunął mi pomysł, by nakręcić "Tron" na czarno-białej taśmie, a potem go pokolorować.

Dlaczego nie zdecydował się pan reżyserować "Tronu. Dziedzictwo"?

Reżyseria była tylko chwilową przygodą. Nigdy nie marzyłem, by robić filmy. Moim marzeniem było posiadanie małej wytwórni, w której powstają animacje. Najlepiej czuję się w sytuacji przypominającej warsztaty twórcze: kiedy wszyscy się znają, są członkami tego samego zespołu, chcą razem improwizować. "Tron" nie był sukcesem na taką skalę, która pozwoliłaby mi pracować nad filmem w ten sposób. Zrobiłem więc kilka tańszych filmów akcji, które nie przyniosły mi satysfakcji, i odszedłem z tego zawodu. Dzisiejsze plany filmowe są dla mnie zbyt uporządkowane, za mało w nich emocji, pasji.