To był strzał w dziesiątkę. Pełnometrażowa animacja, na którą rodzice mogli iść ze swoimi pociechami bez obaw o nudę. Dzieci śmiały się z zabawnych wpadek ogra i osła, dorośli wychwytywali aluzje nieco innej natury, bawili się nawiązaniami do klasyki kina i podziwiali głosy znanych i lubianych aktorów. Niewykluczone, że "Shrek" był dziełem, dla którego Amerykańska Akademia Filmowa stworzyła nową kategorię: najlepszy pełnometrażowy film animowany. I to właśnie on zdobył w niej pierwszego Oscara. "Shrek" zmienił oblicze współczesnej animacji, której twórcy poznali już możliwości płynące z zaawansowanej technologii komputerowej, musieli jeszcze sprawić, by do kin przychodziło coraz więcej widzów.

Zaroiło się więc od shrekopodobnych filmów, jakby reżyserzy za wszelką cenę postanowili udowodnić, że potrafią zrobić film zabawny dla każdego, a na dodatek zatrudnić do dubbingu hollywoodzką gwiazdę. Tyle że kolejne produkcje (w tym następne trzy części "Shreka") poziom mocno zaniżały, zaludniając ekrany kolejnymi zastępami gadających zwierzaków. I to gadających rzeczy, które rodziców już nie bawiły, a których dzieci jeszcze nie rozumiały. Perełki w rodzaju "Wall-E" czy "Odlotu" zdarzały się coraz rzadziej. I tak jak przed laty "Toy Story" otworzyła tryumfalny pochód komputerowych animacji, tak trzecia część tej serii przywróciła równowagę, pokazując, czym naprawdę powinien być film animowany dla dzieci – ciepły, mądry, pozbawiony dorosłych aluzji i balansującego na granicy dobrego smaku humoru. Dorośli wciąż się nie nudzą, a jednocześnie nie muszą tłumaczyć swoim pociechom, o co chodzi. A sami mogą wybrać się na już całkiem poważne animacje Marjane Satrapi ("Persepolis") czy Ariego Folmana ("Walc z Baszirem").