Karierę filmową zrobiłem trochę przypadkiem. Miałem być sportowcem, trenowałem boks, marzyłem o zawodowstwie. Gdy dowiedziałem się o castingu do "Gladiatora" (dramat sportowy Rowdy’ego Herringtona z 1992 roku – red.), postanowiłem spróbować swoich sił. I całkiem niespodziewanie dostałem w tym filmie ważną rolę. Ale nawet wtedy nie myślałem jeszcze poważnie o aktorstwie. Wróciłem do trenowania boksu i szykowałem się do olimpiady w Atlancie. Ale nagle zacząłem dostawać kolejne filmowe propozycje. I przyznaję, Hollywood mnie skusiło. Nie żałuję tej decyzji, choć czasem mi szkoda, że jednak na olimpiadę nie pojechałem.

Miałem szczęście pracować z największymi reżyserami. Występy w filmach Terry’ego Gilliama, Michaela Cimino i Briana De Palmy nauczyły mnie więcej, niż mogłaby mi dać szkoła filmowa. Cenię ich jako artystów i jako przyjaciół. I gdy dowiedziałem się, że mam szansę zagrać w „Pacyfiku”, pomyślałem, że mam jednak sporo szczęścia. Jeżeli wśród twórców znaleźli się Tom Hanks i Steven Spielberg, to jeszcze zanim zaczną się zdjęcia, wiesz, że to będzie coś wyjątkowego. Przecież ci faceci zrobili "Szeregowca Ryana" i "Kompanię braci". Później przychodzi strach, bo zdajesz sobie sprawę, w co się wpakowałeś, jak to jest ważne – i dla twórców, i dla widzów. Wiedziałem też, że będzie to najważniejsza i najtrudniejsza rola, z jaką miałem się zmierzyć.

Chciałem zagrać w "Pacyfiku". Dostałem rolę Johna Basilone’a, tę, z myślą o której szedłem na castingi. O Basilonie słyszałem przed realizacją serialu, bo pochodził z tego samego rejonu co ja, z New Jersey, też trenował boks. Między innymi dlatego bardzo chciałem go zagrać. Co prawda on miał podczas wojny 25 lat, a ja 36, ale jeszcze mogę grać młodych facetów.


Przygotowując się do roli, utożsamiłem się z Johnem Basilone’em. Ta postać mnie pochłonęła. Po zakończonych zdjęciach ciężko było mi wyjść z roli. Zresztą po realizacji serialu wziąłem udział w corocznej paradzie upamiętniającej Basilone’a. Nie tylko ja nie mogłem ochłonąć po występie w "Pacyfiku". Wiem, że podobny problem mieli pozostali aktorzy.

Przygotowania do roli odbywały się symultanicznie. Z jednej strony przeglądaliśmy wiele filmów i książek o II wojnie, z drugiej wszyscy aktorzy wzięli udział w 10-dniowym obozie przygotowawczym w Australii prowadzonym przez kapitana Dale’a Dye, który służył w marines w Wietnamie. I to było jedno z najtrudniejszych zdań podczas całej mojej kariery aktorskiej. Nigdy nie czułem się tak wyczerpany. Można powiedzieć, że na obozie przenieśliśmy się do czasów II wojny światowej. Mieliśmy takie same ubrania, posługiwaliśmy się bronią z tamtych czasów. Spaliśmy w dżungli w dwuosobowych namiotach, wyjeżdżaliśmy na patrole. Najciekawsze było to, że jednocześnie odbywał się obóz dla aktorów odgrywających role japońskich żołnierzy. Poza planem zdjęciowym nie mieliśmy z nimi żadnego kontaktu. Czasami niespodziewanie spotykaliśmy ich podczas naszych treningowych misji.

Historii Johna Basilone’a nie wymyśliłby nikt w Hollywood. To prawdziwie tragiczny bohater. Po tym jak powrócił w chwale z bitwy o Guadalcanal, został uhonorowany najwyższym amerykańskim odznaczeniem wojskowym – Medal of Honor. Wziął ślub z ukochaną Leną, a jednak postanowił wrócić na front. Ta decyzja była dla mnie ciężka do zrozumienia, tym bardziej że konstruowałem rolę w oparciu o wspomnienia innych żołnierzy o nim. Sam Basilone nie prowadził żadnych pamiętników. Sceny z Annie Parisse, która grała żonę Basilone’a, były dla mnie najtrudniejsze, ale też najciekawsze. Patrząc na ich zdjęcia z tamtych lat, nie mogłem pojąć, jak mógł wrócić do wojennego piekła. Nie zrozumie tego nikt, kto tego nie przeżył. Ja też nie.

O piekle wojny przekonał mnie los mojego wujka, który służył w Korei. Jego najlepszy przyjaciel zmarł mu tam na rękach. Po wojnie odniósł spory sukces w biznesie, ale zmarł z powodu alkoholizmu. Nie mógł sobie poradzić ze wspomnieniami.