Sport

Jest ważną częścią mojego życia. Przez dziesięć lat byłem koszykarzem. Byłem nawet w kadrze Polski juniorów, ale podchodziłem do wyników zbyt ambitnie i w efekcie rozwaliłem sobie kręgosłup. Podobnie jak bohater „Mojej krwi” musiałem zrezygnować z kariery w najbardziej obiecującym momencie. Na szczęście jestem sprawny, kontuzja nie przeszkadza w normalnym życiu ani innych aktywnościach sportowych. Trzy razy w tygodniu chodzę na boks, pływam, bo jak się nie zmęczę, to nie potrafię zasnąć.

Emocje

Zacząłem się zajmować filmem, żeby nauczyć się wyrażać emocje. Jako dziecko byłem strasznie nieśmiały i w sumie nadal jestem – wybrałem sobie zawód, który jest zupełnie wbrew mojej introwertycznej naturze. Jestem zamknięty i często mi to w życiu przeszkadza, ale postanowiłem zrobić z tego walor w moim kinie. Dlatego stawiam moich bohaterów w sytuacjach skrajnych, które wyzwalają w nich ekstremalne emocje, z którymi ci nie potrafią sobie radzić. Wydaje mi się też, że nieumiejętność wyrażania emocji nie jest tylko moim problemem, to jeden z dramatów współczesności. Każdy coś udaje: ten gangstera, tamten biznesmena – każdy potrzebuje maski, by się dobrze poczuć. Staram się zmusić moich bohaterów, by wyszli spoza tych etykietek, by dojrzeli.

Kino

W swoich filmach opowiadam historie, które wydarzyły się naprawdę. Staram się tak to robić, żeby jak największa liczba widzów mogła się z nimi utożsamiać. Chciałbym też kiedyś zrobić film o historii Polski, ale taki, który byłby zrozumiały także wszędzie indziej. Ratunek dla polskiego kina leży nie w komercyjnym przyciąganiu. Co ludzie najlepiej pamiętają z naszej kinematografii lat 60. i 70.? Na pewno nie filmy, które były robione z pobudek finansowych: „Ziemię obiecaną”, filmy Munka, Kieślowskiego, Zanussiego. To było kino uniwersalne, choć zakorzenione w naszej rzeczywistości, pozwalało powiedzieć światu, co się u nas dzieje.


Sukces

To, co się dzieje z filmem „Chrzest”, trochę mnie zaskoczyło – nie zakładaliśmy, że to będzie takie wydarzenie. Byliśmy z nim do tej pory na trzech ważnych festiwalach zagranicznych: w Toronto, San Sebastian i Rejkiawiku oraz w Gdyni i na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Po spotkaniach z międzynarodową publicznością po raz pierwszy poczułem, że naprawdę odniosłem sukces. Zaskakiwała mnie inteligencja pytań oraz fakt, że ludzie z innych krajów tak świetnie odczytują wszystkie kody, np. biblijne, które w tym filmie umieściłem. Okazuje się, że historia Kaina i Abla jest bardzo nośna. W plebiscytach publiczności w Toronto i Gdyni był trzeci, a w San Sebastian czwarty. To mile połechtało moje ego artysty, ale staram się temu za bardzo nie ulegać.

Bohaterowie

Lubię pokazywać w kinie męskich facetów – umięśnionych i twardych – i łamać ich wizerunek twardzieli. Niestety ten wzorzec męskości jakoś nie jest ostatnio popularny, na castingach często się załamuję, bo ja szukam gościa z jajami, a przychodzą tacy wydelikaceni chłopcy. Supermęscy bohaterowie są mi potrzebni, by widz mógł odkryć w nich wrażliwość. To pomysł jak z „La Strady” Felliniego, gdzie widzimy prymitywnego osiłka popisującego się swoimi mięśniami, który w zderzeniu z delikatną istotą z innego bieguna zaczyna coś czuć, odsłania swoje wnętrze. Konfrontacja mięśni z emocjami pozwala odkryć, że świat męski też jest skomplikowany.

Reżyseria

Jestem z wykształcenia także filmoznawcą, co czyni mnie bardzo wyedukowanym reżyserem, a to czasami przeszkadza. Najważniejsza w filmie jest historia, za którą widz podąża, a ja niekiedy zbyt dużo myślę o tym, ile pól znaczeniowych, aluzji i nawiązań uruchamia jakaś scena. Ale staram się zakotwiczyć w sobie pierwsze wrażenie po przeczytaniu scenariusza, przepuszczam go raczej przez emocje, a nie przez intelekt. W momencie, kiedy scenariusz jest już prawie zamknięty, patrzę, czy historia się metaforyzuje, czy nie jest tylko anegdotą. Rolą reżysera jest bowiem reżyserowanie nie zdarzeń, ale ich znaczenia.

Dzieciństwo

Było dosyć popieprzone. Pochodzę z Tarnowa, z rodziny kilkakrotnie porozbijanej – to było trzecie małżeństwo mojej mamy, drugie mojego taty. Moi rodzice też się w końcu rozwiedli, ale mieszkaliśmy razem z powodów lokalowych, tylko każdy zamykał się u siebie. W tym czasie mój ojciec miał widzenie i odkrył u siebie moc uzdrawiania – został bioenergoterapeutą. Jako dziecko jeździłem z nim na targi medycyny alternatywnej. Z drugiej strony miałem moją twardo stąpającą po ziemi matkę. To wszystko rodziło pytania, na które nie potrafiłem wtedy odpowiedzieć. Siedziało to we mnie tak głęboko, że w końcu zrobiłem o tym film „Człowiek magnes”, który odniósł spory sukces na różnych światowych festiwalach. Oprócz tego miał działanie terapeutyczne – nie tylko dla mnie. Odkąd pokazałem go rodzinie, nasze relacje wreszcie zmieniły się na lepsze.

Feminizm

Kolejny film chciałbym zrobić o kobietach, bo lepiej rozumiem ich emocje. Brakuje mi w polskim kinie dobrych ról dla kobiet, a uzdolnionych aktorek jest znacznie więcej niż aktorów. Tylko nie mają czego grać, więc chciałbym dać im taką szansę. Czasem słyszę, że moje filmy są mizoginiczne. Faktycznie moi bohaterowie okropnie traktują swoje kobiety, ale nie wydaje mi się, aby ocenianie filmów z pozycji intelektualnych konstruktów takich jak feminizm czy psychoanaliza miało jakiś głębszy sens. To jakby twierdzić, że Martin Scorsese jest szowinistą, bo zrobił „Wściekłego byka”.

BIO:

Marcin Wrona (ur. 1973) – reżyser teatralny i filmowy. Jest absolwentem filmoznawstwa na UJ w Krakowie, reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Ukończył Mistrzowską Szkołę Reżyserii Andrzeja Wajdy i Binger Film Institute w Amsterdamie. Jego film „Moja krew” został nagrodzony za scenariusz na festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie, zaś najnowszy – „Chrzest” – otrzymał Srebrne Lwy w Gdyni, znalazł się też w oficjalnych selekcjach międzynarodowych festiwali w Toronto, San Sebastian i Rejkiawiku.