Najpierw zobaczyliśmy pana w filmie "Bruce Wszechmogący", a teraz w sequelu - "Evan Wszechmogący". Spodobało się panu bycie Bogiem?

Morgan Freeman: Pewnie, kto by tego nie lubił! Zgodziłem się zagrać Boga, bo jest to komedia. Nie zrobiłbym tego, gdyby chodziło o poważną rolę w dramacie. Ponadto moja decyzja była związana z reżyserem Tomem Shadyakiem. Świetnie nam się razem pracowało przy pierwszym filmie.

A jak się pracowało ze Steve’em Carellem? Może pan porównać to do pracy z Jimem Carreyem?

To bardzo różni aktorzy komediowi, ale obaj są niezwykle utalentowanymi profesjonalistami. Są też świetnymi ludźmi. Praca z nimi to była zabawa i przyjemność.

Oni na pewno mówią to samo o panu. Okrzyknięto pana jednym z najlepszych żyjących aktorów kina amerykańskiego i młodzi aktorzy zaczynający karierę są w pana wpatrzeni jak w obrazek. Czy jest ktoś, kogo pan podziwia?

To wspaniały komplement. Aktorem, którego zawsze podziwiałem jest Gene Hackman. Występowanie z nim było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Pracowaliśmy razem przy "Bez przebaczenia". Mieliśmy bardzo krótką scenę, w której zbił mnie do nieprzytomności (śmiech). Potem graliśmy jeszcze w filmie "Podejrzany" i to Hackman zaproponował mi tę rolę.

Pana filmografia jest imponująca. Co pana napędzało do pracy przez te wszystkie lata?

Kiedyś mówiłem: "Buduję dom, więc potrzebuję pieniędzy" (śmiech). Ponieważ dom został ukończony, nie mogę już używać tej wymówki. Po prostu lubię grać. Nie chodzi o liczbę filmów, w jakich wystąpiłem, ale o momenty, gdy byłem szczęśliwy, że mogę pracować i robić to z pasją. Aktorzy też muszą płacić czynsz i rachunki, więc pieniądze wcale mi nie przeszkadzają…

Nadal mieszka pan w tym domu?

Tak, już prawie 10 lat. Wprowadziliśmy się do niego tuż przed Świętem Dziękczynienia w 1998 roku. Zbudowałem go w Missisipi, bo z tamtych okolic pochodzą moi rodzice, tam się wychowałem i to zawsze był mój dom.

Miał pan łatwe dzieciństwo jako Afroamerykanin dorastający w Missisipi?

Uwielbiałem mieszkać na Południu. Właściwie najtrudniejszym okresem był ten krótki czas, gdy przenieśliśmy się na Północ. Te pięć lat było straszne pod każdym względem. Rodzice się rozeszli, a ta część Chicago, w której mieszkaliśmy, przypominała niebezpieczne miejskie getto. No i ten chłód. Południe zawsze było dla mnie bezpieczną przystanią, dlatego to w Missisipi wybudowałem swój dom. Ale mam jeszcze jeden na Karaibach - to jacht o długości 13 metrów, na którym mieszkam i którym pływam po świecie.

Wygląda na to, że cały czas pan pracuje... Ma pan czas cieszyć się słońcem i Morzem Karaibskim?

Tak. Potrzebuję czasu tylko dla siebie. Co do pracy, to tylko tak wygląda, czasami nie mogę jej znaleźć. Dostaję mnóstwo propozycji, ale większość to kiepsko napisane scenariusze.

Czy wróci pan kiedyś do teatru i występów na scenie?

Uwielbiałem teatr, ale gdy zacząłem grać w filmach powiedziałem sobie, że już do niego nie wrócę. Moim problemem nie jest pracoholizm, ale lenistwo. Gdy nie mam pracy, potrafię się cieszyć z tego, że nic nie robię. Gdy występujesz w teatrze, codziennie masz próby i występujesz w ośmiu przedstawieniach tygodniowo przez parę miesięcy. Podczas kręcenia filmów też codziennie ciężko pracujesz, ale po paru tygodniach następuje koniec i wracasz do domu.