Fabuła zaczerpnięta jest z klasycznej serii kreskówki. Transformersi, czyli pochodzące z odległej planety Cybertron technologicznie zaawansowane roboty potrafiące w razie potrzeby przeobrazić się w samochód albo radiomagnetofon, przemierzają przestrzeń kosmiczną w poszukiwaniu sześcianu, którego dzieje sięgają czasów poprzedzających Wielki Wybuch. Dzięki niemu źli - czyli Deceptikony rządzone przez Megatrona - będą mogli pomnożyć swe szeregi i dzięki przewadze liczebnej zapanować nad światem. Zapobiec temu mają dobre Autoboty dowodzone przez Optimusa Prime’a.

Pechowo ów sześcian - matryca, która stworzyła światy - trafia na planetę Ziemia. Pierwsza delegacja Transformersów źle obliczyła koordynaty i zamarzła na Arktyce. Przybyły wiek później garnizon trafia w cieplejsze strefy klimatyczne. A to angażuje nas - niewinnych Ziemian - w odwieczny konflikt skłóconych robotów i wymusza rolę zbawców wszech świata. Zaczyna się wymiatanie...

Pytanie było jedno: czy twórcy pójdą w stronę dziecięcej fanfaronady, czy spróbują powielić sukces innego filmu Baya - "Armageddonu"? Ponieważ filmy katastroficzne są już dziś passe, a film miał trafić do jak najmłodszej publiczności, w "Transformers" nie leje się krew, nie mówi się o śmierci wielkich miast, zaś flirty rozgrywają się na płaszczyźnie znanej każdemu starszakowi. Podobnie jak w kreskówce rozmowy prowadzone przez Transformersów są kompletnie rozbrajające (przypominają się czasy, gdy w telewizji szła "Załoga G").

Starszy widz może nie wytrzymać projekcji, zwłaszcza że najlepszy pokaz efektów specjalnych zostawiono dopiero na ostatnie pół godziny. Przygotowane przez Industrial Light & Magic roboty, gra światła, ruch obiegającej akcję kamery są tip-top. To prawdopodobnie film o najlepszych jak dotąd efektach specjalnych, tak naturalnie "wszytych" do filmowanych kamerą przystawek w postaci młodocianych aktorów (najzabawniejsza jest grająca z gracją modelki na wybiegu 20-letnia Megan Fox). A jeśli dodamy, że jednego z wyższych rangą wojskowych gra ubrany w berecik John Turturro, to jawny znak, że cały nalot Obcych można uznać za żart.
Scenarzyści "Transformers", eklektyczny duet Roberto Orci i Alex Kurtzman (aż strach pomyśleć, że pracują właśnie nad nowym "Star Trekiem"), wykonali krecią robotę skuteczniej niż sam Quentin Tarantino. Ściągali m.in. z "Pojedynku na szosie" Spielberga, "Żołnierzy kosmosu", "Christine", "Terminatora 2".

Jest nawet żywcem wzięta z "Wyspy" sekwencja ulicznego pościgu, która zresztą przekonała ponoć opornego początkowo Michaela Baya do chwycenia reżyserskich sterów.

Dzieciakom (raczej starszym) film spodoba się niezależnie od tego czy mają już na półce kolekcję Transformersów, czy są jeszcze na etapie Pokemonów. Starsi zatęsknią za czasami "Armageddonu". Wówczas krytycy wyśmiewali go, dziś być może przyznają, że było to poważne widowisko, zagrane na luzie przez przyzwoitych aktorów. Ostał się z tego teatrzyk z dzieciakami statystującymi robotom.


"Transformers"
USA 2007; Reżyseria: Michael Bay; Obsada: Shia LaBeouf, Megan Fox, Josh Duhamel, Rachael Taylor; Dystrybucja: UIP; Czas: 145 min
Premiera: 17 sierpnia