Aktorem zostałeś przez przypadek. Ktoś zauważył cię na ulicy...

To był tak zwany "dziki casting". Miałem wtedy 19 lat i przygotowywałem się właśnie do egzaminów do szkoły sztuk dekoracyjnych. Szedłem po moją dziewczynę do liceum i nagle jakiś typ zaczepił mnie na ulicy. Był to Bruno Levy, właściciel firmy producenckiej. Szukał kogoś, kto mógłby zagrać w filmie dla telewizji. Na początku okropnie się bałem - w domu nie miałem nawet telewizora, a cały ten światek zupełnie mnie nie interesował. Nie wiedziałem, jak czyta się scenariusz, jak pracuje nad rolą. Ale kiedy spotkałem Cédrica Klapischa, młodego reżysera (późniejszy twórca "Smaku życia" - przyp. red.), który pracował z Levym, wszystko stało się proste. Cédric to pasjonat. Zaraził mnie miłością do kina.

Grasz bardzo dużo i często powracasz w obrazach tych samych reżyserów. Czy kino jest dla ciebie historią przyjaźni?

Praca przy filmie nie jest dla mnie kwestią przypadkowych kontaktów - ważna jest przyjaźń, podobny sposób patrzenia na świat. Może dlatego doskonale rozpoznaję się na przykład w postaciach Cédrica Klapischa. Klapisch filmuje swoich bohaterów w przełomowych dla nich chwilach, można się więc spodziewać, że niedługo weźmie się za trzecią część "Smaku życia". Mógłbym pracować z nim bez końca, ale nie oznacza to, że nie pociągają mnie inne postaci.

Właśnie, ciągu zaledwie kilku miesięcy zagrałeś w obyczajowych filmach współczesnych, kostiumowej superprodukcji i remake’u amerykańskiego kryminału. Jak udaje ci się istnieć w tak różnych światach?

Wszystkie grane przeze mnie postaci posiadają rysy wspólne – znajdują się w opozycji do panującego systemu. To właśnie mi się w nich podoba. Nie jestem kimś, kto zajmuje w życiu określone stanowiska polityczne, lubię jednak brać udział w filmach, które niosą konkretne przesłanie, być po właściwej stronie.

Przez długi czas specjalizowałeś się w rolach bohaterów wkraczających dopiero w dorosłe życie - zawodowe, jak i prywatne. Niedawnym "W rytmie serca" Audiarda i najnowszym "Zakochanym Molierem" wkroczyłeś w świat ludzi dorosłych.

Role przychodzą z czasem i rzeczywicie często odpowiadają określonym etapom naszego życia. Mam 33 lata i zaczynam zdawać sobie sprawę z własnych ograniczeń. Dlatego nie mam planu kariery, mam ochotę robić to, co mnie pociąga. Kocham ruch, zamieszanie, pragnę ewoluować. Jeśli jednak znowu ktoś zaproponuje mi rolę wiecznego chłopca, myślę, że ją przyjmę, czemu nie!

Twoi bohaterowie szukają samych siebie. Czy można odnaleźć siebie, niekoniecznie po latach?

Wszystko zależy od tego, czego poszukujemy. Każdy człowiek odczuwa potrzebę samookreślenia – musi wiedzieć, skąd przychodzi i dokąd zmierza. Kiedyś trzeba się jednak zatrzymać. Pytanie tylko: kiedy? Świata nie zaludniają przecież anioły i dobre wróżki, ale przesłanie moich filmów jest optymistyczne: nigdy nie jest za późno. Ja też tak uważam.

"Zakochany Molier" jest filmem o mężczyźnie. Kobieta, choć ważna dla jego twórczości, jest w nim tylko dodatkiem, nieuchwytnym marzeniem czy okazjonalną kochanką...

Dla mnie nieobecność kobiety - matki czy wymarzonej kochanki może stanowić taką samą siłę napędową jak jej obecność. Kobieta jest katalizatorem wyzwalającym ukryte lęki i uczucia. Kobieta jest centrum świata zarówno intymnego, jak i świata w ogóle. Wszystko dzieje się za jej przyczyną.

Pana Molier to bohater romantyczny, rozdarty pomiędzy rzeczywistością a swoją sztuką i marzeniem o lepszym życiu...

Mój bohater nosi w sobie wielki ból, jego serce bije szybciej niż serce przeciętnego człowieka. Decyduje się zawierzyć wewnętrznemu głosowi, udaje mu się pokonać własne demony. Dzięki temu staje się mężczyzną. To właśnie zafascynowało mnie w tej postaci. Lubię docierać do smugi cienia. Człowiek zawsze nosi w sobie jakąś ranę, w przeciwnym razie jest tylko marionetką. Rzucenie wszystkiego i pójście za marzeniem zawiera w sobie ogromne ryzyko. Myślę, że to właśnie tak bardzo poruszyło publiczność - ludzie są zafascynowani postaciami, którym udaje się całkowicie zmienić egzystencję, zacząć wszystko od nowa. Mówią sobie: "Ja też mogę odmienić swój los" i od razu czują się lepiej.

Jednym z kluczowych motywów "Moliera" jest problem geniuszu twórczego i twórczości w ogóle...

Tak, twórca i jego dzieło pozostają w całkowitej symbiozie – to związek idealny. Za każdym razem staram się odnaleźć motyw, który charakteryzuje graną przeze mnie postać. To pomaga mi do niej dotrzeć.

Jesteś najbardziej rozchwytywanym aktorem swojego pokolenia. Podobno dlatego, że jesteś kimś na wskroś nowoczesnym. Na czym polega ta nowoczesność? Na uleganiu modom?

Wręcz przeciwnie - czasami odnoszę wrażenie, że to ja tworzę mody. Nie wiem, czy jestem kimś nowoczesnym, ale na pewno żyję w swojej epoce. I dobrze się w niej czuję. Lubię komputery, współczesną muzykę, życie na luzie...

Czym jest dla ciebie zawód aktora: misją, namiętnością, artystycznym spełnieniem czy zawodem jak każdy inny?

Z każdym filmem czuję się coraz silniejszy. Początkowo cierpiałem z powodu mojej pasywności - widziałem się raczej w roli reżysera. Czułem się zakneblowany, wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się wypowiedzieć tego, co czuję. Ta frustracja jednak zniknęła i ustąpiła miejsca poczuciu spełnienia. To oczywiste - tylko gra pozwala mi odlecieć. Czuję ją w głębi siebie, ona każe mi płakać i daje mi ogromne poczucie szczęścia. Lubię robić coś, co pozwala ludziom marzyć, niezależnie od ich statusu społecznego i politycznego kontekstu, co odwołuje się do sfery, której nie daje się zracjonalizować. Niektóre role i filmy są jak strzał prosto w serce.

Początkowo chciałeś zostać malarzem. Czy w dalszym ciągu kusi cię puste płótno?

Malarstwo wciąż mnie pociąga, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przestało być moim naturalnym środowiskiem. Coś się we mnie zamknęło, mam nadzieję, że nie na zawsze. Kiedy jest się malarzem, nie można zastanawiać się nad każdą kreską, bo wtedy żaden rysunek nie wyda się nam dobry. To niestety mój przypadek – za bardzo intelektualizuję.