Moje życie jest dokładnie takie jak fabuła dowolnej z moich powieści - powiedział kiedyś Philip Kindred Dick, który inspiracje czerpał przede wszystkim z dręczących go paranoicznych lęków, narkotycznych halucynacji i obsesji. Wszędzie węszył spiski, panicznie bał się KGB i najeźdźców z Marsa. Napisał nawet donos do FBI (którego zresztą też się bał), w którym przekonywał, że Stanisław Lem w rzeczywistości nie istnieje, a jego nazwisko to kryptonim komórki komunistycznego wywiadu, infiltrującej amerykańskich pisarzy, a jego w szczególności. Twierdził przy tym, że on sam porozumiewa się z wszechgalaktyczną siecią komputerową, którą inni uważają za boga.

Biografia Dicka jest więc równie frapująca, jak jego wyjątkowa twórczość, na którą składa się kilka genialnych (i sporo takich sobie) powieści, kilkadziesiąt znakomitych (i co najmniej drugie tyle nieudanych) opowiadań. Ale jego dzisiejszy wyjątkowy status bierze się także i stąd, że stworzył największy temat dzisiejszej fantastyki, czyli zwątpienie w rzeczywistość jako taką. Jest więc duchowym ojcem „Matriksa” i patronem tych wszystkich, którzy nawet bez futurystycznego sztafażu tworzą sztuczne światy i alternatywne rzeczywistości, jak "Truman Show" czy "Vanilla Sky".

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?

20 lat po przedwczesnej śmierci Dick jest tak popularny jak nigdy za życia. Także dzięki Hollywood, które na początku lat 90. rzuciło się na jego dzieła. Niektórzy twierdzą, że dopiero wtedy, po fali technologicznych nowinek umożliwiających produkcję efektów specjalnych nowej generacji, ekranizacje prozy Dicka były w ogóle możliwe, ale prawda jest chyba zupełnie inna. Po prostu Dick, tak jak i Lem, wymyka się hollywoodzkiemu modelowi rozrywki, co skutkuje okrutną banalizacją jego dzieł. Kino amerykańskie owszem potrafi ukazać wielkie zalety narracji autora "Trzech stygmatów Palmera Eldritcha", ale po drodze gubi to, co w jego powieściach najważniejsze.

Bo choć roi się w nich od dziwacznych wynalazków i jeszcze dziwniejszych bohaterów, to tak naprawdę wszyscy ci ekscentrycy - jak sam twórca - przedzierają się przez złudy i iluzoryczne światy stwarzane przez ciemne moce i chcą doświadczyć istoty człowieczeństwa. Dick okazuje się więc raczej beletryzującym filozofem ukrytym pod maską pisarza SF, konstruującym swe sensacyjne fabuły dla zabawy i niejako przy okazji. Tylko Ridley Scott zdawał się to rozumieć, gdy w "Blade Runnerze" (1982) - dopiero po latach uznanym za arcydzieło - egzystencjalne pytania i dylematy potraktował równie poważnie, jak fantastyczną otoczkę i wizualną atrakcyjność. Wszystkie inne hollywoodzkie ekranizacje: "Pamięć absolutna" (1990), "Tajemnica Syriusza" (1995), "Impostor: Test na człowieczeństwo" (2002), "Raport mniejszości" (2002) czy "Zapłata" (2003), sprowadzały literackie wielopoziomowe konstrukcje do wciskających w fotel pokazów efektów specjalnych i futurystycznych kreacji.

Następny proszę

Nie inaczej jest z filmem "Next". Tercet scenarzystów z niedługiego opowiadania "Złotousty" wypreparował wyłącznie pomysł na bohatera obdarzonego umiejętnością przewidywania własnej najbliższej przyszłości. Cała reszta to już ich radosna twórczość z romantycznym wątkiem poszukiwania pojawiającej się w sennych wizjach dziewczyny i sensacyjną akcją wykorzystania zdolności jasnowidzenia do powstrzymania atomowego wybuchu. W "Złotoustym" Dick pytał o przyszłość gatunku homo sapiens, rysował perspektywę jego wyparcia przez ludzkie zwierzę. W filmowym „Next” nikt o nic nie pyta. Chodzi tylko o tanie atrakcje. Owszem, niekiedy ujęte w efektowne sceny, gdy Nicolas Cage (znowu grający z jedną znudzoną miną) umyka przed pogonią, precyzyjnie wyprzedzając ruchy swych prześladowców, albo unika przygniecenia przez samochód spadający ze skały. Ale cała akcja trzyma się kupy wyłącznie na efektach i gierkach z czasem rozszczepiającym się na alternatywne ciągi łączone w końcu w wariant najbardziej przewidywalny z możliwych. Pomysły Dicka ponownie rozmienione zostały na kiepski thriller, żonglujący znaczonymi kartami.

Na szczęście, na ekranizowanie Dicka stać dziś nie tylko hollywoodzkich gigantów, ale i mniejsze studia. Przykładem może być powstały w ubiegłym roku eksperymentalny film "Przez ciemne zwierciadło" Richarda Linklatera. Choć zrealizowany tradycyjną techniką z udziałem m.in. Keanu Reevesa, Winony Ryder i Roberta Downeya Jr. zosta cyfrowo przetworzony tak, by udawać rysunkową animację. Nie było go na polskich ekranach. A szkoda, bo jest nie tylko oryginalny formalnie, ale i pomysłowo łączy opowieść o futurystycznym narkotykowym podziemiu z wątkami autobiograficznymi autora.

Czarną komedię splatającą biografię Dicka z motywami jego powieści "Sowa w świetle dnia" realizuje właśnie Paul Giamatti (premiera planowana jest na 2009 rok). I właśnie w niezależne produkcje dają nadzieję, że następne ekranizacje Dicka będą bliższe beletrystycznej filozofii niż pustego widowiska. A Hollywood za kiepskie thrillery żerujące na prozie autora "Ubika" na razie dziękujemy.


"Next"
USA 2007; Reżyseria: Lee Tamahori; Obsada: Nicolas Cage, Jessica Biel, Julianne Moore, Peter Falk; Dystrybutor: SPI; Czas: 96 min