"Może pan wziąć mój zegarek i pierścionek, ale proszę, niech pan zostawi buty od Manolo Blahnika!" - błagała okradającego ją złodzieja Carrie, główna bohaterka serialu, który stał się jednym z największych hitów w dziejach telewizji. Zabawny i odważny tasiemiec opowiadający o łóżkowych podbojach i miłosnych niepowodzeniach czterech niezależnych kobiet zdobył liczne nagrody, m.in. Emmy i Złote Globy, przynosząc krociowe zyski stacji HBO, swojemu producentowi. Ale przede wszystkim stał się przełomem w postrzeganiu współczesnej obyczajowości.

Seks stulecia

Carrie Bradshaw i jej trzy przyjaciółki zmieniały facetów jak rękawiczki (koniecznie z metką od ubierającego diabła Prady), o czym bez żenady rozmawiały przy stoliku w ulubionej restauracji. Swobodne seksualnie i niezależne finansowo były jak senny koszmar (prawie) każdego mężczyzny i marzenie (prawie) każdej kobiety. Miłośniczki serialowego "Seksu w wielkim mieście"niezmiennie zasiadały przed odbiornikami, aby przekonać się, co tym razem włoży na siebie wychudzona nowojorska dziennikarka, której znakiem rozpoznawczym były szpilki Manolo Blahnika i czerwona parasolka z Plaza Hotel. Czy będzie to obcisły top czy gorset podkreślający biust, a może futro noszone, o zgrozo, w czasach terroru ekologów? Jak z kłopotów z facetami wybrnie cyniczna prawniczka Miranda, a jak sobie da radę Charlotte, wiecznie grzeczna pani marszand? Albo z kim wyląduje w łóżku seksoholiczka Samatha, która przedstawicieli płci brzydszej wykorzystuje wyłącznie w celu przeżycia najbardziej wyrafinowanego orgazmu. Bo choć żadna z pań z okienka nie była ideałem urody, to świetnie znały się na dwóch rzeczach: uwodzeniu mężczyzn i modzie. I przed nikim się nie tłumaczyły.

Ideał na krzywych nogach

Powodzenie, którym się cieszył serial, nazwano nową rewolucją obyczajową. Z tego całego zamieszania największą korzyść wyniosła właśnie Parker. To ona z niespecjalnie darzonej estymą aktorki trzeciego planu, wyrosła na jedną z największych gwiazd show-biznesu. Owszem wcześniej zagrała w kilku przebojowych filmach: Steve’owi Martinowi partnerowała w "L.A. Story"(1991), a z Nicolasem Cage’em spędziła "Miesiąc miodowy w Las Vegas"(1992). Wystąpiła w nagrodzonym dwoma Oscarami czarno-białym obrazie Tima Burtona "Ed Wood"(1994) i kolejnym, jeszcze bardziej zakręconym – "Marsjanie atakują!"(1996). Hugh Granta uratowała przed "Krytyczną terapią"(1996), by jeszcze w tym samym roku z Diane Keaton i Goldie Hawn zawiązać "Zmowę pierwszych żon”. Ale światła jupiterów nie na nią były skierowane.

Dopiero dzięki Carrie Bradshaw dwukrotnie otrzymała Złoty Glob i nagrodę Stowarzyszenia Aktorów Amerykańskich, dwukrotnie nominowano ją do Emmy oraz American Comedy. Stała się twarzą Manhattanu. Co z tego, że na tę twarz składały się odstające uszy, zbyt blisko osadzone oczy i wielki nos, któremu nawet operacja plastyczna niewiele dała? Co z tego, że przez zazdrosne koleżanki po fachu Sarah ze względu na swą długą szczękę i krzywe nogi nazywana była "kobietą koniem”? Parker okrzyknięto ikoną mody, najbardziej stylową z gwiazd, a bucikowy król Manolo Blahnik na jej cześć ochrzcił jedną ze swoich kolekcji SJP. I choć od zakończenia zdjęć do ostatniego z 94 odcinków "Seksu w wielkim mieście"minęły już trzy lata, to turystki z całego świata wciąż kierują się jej filmowym gustem, gdy wybierają się na zakupy w butikach przy Piątej Alei. I wiąż noszą czarne staniki pod biały T-shirt. Jak Carrie.

I co z tym seksem?

Fanom nie przeszkadza też fakt, że styl panny Bradshaw wymyśliła kostiumolog Patrica Field. Ani to, że ze swoją bohaterką Sarah Jessica Parker nie ma wiele wspólnego. Przeciwnie, w Hollywood uchodzi za nudną kurę domową. Od 14 lat tworzy szczęśliwy związek z aktorem Matthew Broderickiem. Pięć lat temu urodził im się syn. – O tym, co naprawdę w życiu ważne, dowiedziałam się stosunkowo późno. Dopiero kiedy na świat przyszedł mały James – mówi i dodaje, że żadna rola w filmie nie dała jej tego, co rola mamy. I że nie w głowie jej próżniacze życie, dzielone między wizyty u fryzjera, kosmetyczki i zakupy. W porównaniu z rodzinnym spacerem to przecież straszna nuda. Jeśli już przyjęcia, to w gronie rodziny i przyjaciół.
Ale wkrótce prorodzinna gwiazda znów będzie musiała znaleźć trochę czasu na "Seks...”. Jesienią ruszą zdjęcia do kinowej wersji serialu wszech czasów. Sarah Jessica Parker znów stanie się Carrie Bradshaw, wyemancypowaną felietonistką z Nowego Jorku.


Czytając scenariusze, podświadomie szukasz w nich kolejnej Carrie, którą grałaś w "Seksie w wielkim mieście”?

Żadna z moich ról nie jest przypadkowa. Rozważając każdą propozycję, stawiam sobie pytania: co jest interesującego w tej roli? Czym różni się od pozostałych? Jak ma się do tego, co aktualnie robię? Z kim będę przy tym filmie pracować? A jeżeli okazuje się, że to kolejna historia o kobietach umawiających się na randki, kochających dobre ciuchy i pracujących na wymarzonych posadach, to mówię nie. No chyba, że będzie to kinowa wersja samego "Seksu...”.


No właśnie! Jak zareagowałaś na wiadomość, że po trzech latach starań ruszają zdjęcia nad filmową wersję serialu?

Będę miała blisko do pracy. Tak jak Carrie mieszkam na Manhattanie, więc rodzina może mnie odwiedzać na planie. Scenariusz, plany zdjęciowe, kostiumy były gotowe już od dawna. Część z tych rzeczy nawet już się rozeszła, podejrzewam, że przez eBay, jak choćby nasze kolekcje butów. Ale w końcu wszystko zaczęło się układać. Właściwie cieszę się, że nie udało się to do tej pory. Gdyby się udało, nie mogłybyśmy tego robić teraz.

Czy jesteś podobna do Carrie Bradshaw?

Nie. Carrie jest zwariowana, ja - bardzo poukładana. Na dodatek strasznie lubi jeść i to chyba jedyna cecha, jaka mi się w niej podoba. Tak się składa, że postacie, które gram rzadko mają ze mną coś wspólnego.

Rola w popularnym serialu była jak bezpieczna, ciepła posadka. Jak wyglądał twój powrót do świata filmu, w którym trzeba starać się o każdy angaż?

Nie było łatwo. To bardzo dziwne uczucie, kiedy czujesz się szczęśliwa, zadowolona ze swojej pracy, a musisz ją porzucić. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że coś się nie uda. Ale nie boję się porażek. Mam świadomość, że zawsze mogą się przydarzyć i biorę na nie poprawkę. Sukces smakuje cudownie tylko wtedy, kiedy zna się też gorycz porażki. Szczególnie w zawodzie aktora, w którym ciągle narażeni jesteśmy na ocenę za strony innych - widzów, krytyków, otoczenia.

Powiedziałaś kiedyś, że zakończenie produkcji "Seksu w wielkim mieście"było dla ciebie jak opuszczenie rodzinnego gniazda. W tej kwestii miałaś już spore doświadczenie...

Wyprowadziłam się z domu, gdy miałam 17 lat. Podobnie jak całe moje rodzeństwo.

Mama cię do tego zmusiła?

Nie musiała. Jak każda myśląca matka wiedziała, że prędzej czy później przyjdzie moment, kiedy wyfruniemy z gniazdka, aby uczyć się w collage’u czy pracować. Od początku przygotowywała nas do samodzielności. Jednak zawsze mogliśmy wrócić do domu. Choćby po to, żeby podrzucić brudne rzeczy do prania. I nawet wtedy, gdy z nią już nie mieszkaliśmy, mama przynosiła nam gotowe obiady. Zawsze była w pobliżu.

Pochodzisz z wielodzietnej rodziny. Masz siedmioro rodzeństwa. Sama chciałabyś mieć tak dużo dzieci?

Tego się chyba nie da zrobić. Jestem już panią po czterdziestce, a mam na razie zaledwie jednego syna. Poza tym nie nadaję się na matkę np. ośmiorga dzieci.

Co twój synek myśli o sławnej mamie?

Nie sądzę, żeby fakt, że jestem znana wydawał mu się czymś niezwykłym. James uważa, że wszyscy rodzice pojawiają się w telewizji. Ale nie mam pewności, bo ma dopiero pięć lat. Pogadamy o tym, gdy trochę podrośnie.

Często zdarza ci się włączyć telewizor i zobaczyć siebie w produkcjach sprzed lat?

O dziwo, nigdy. Szkoda, bo moje pierwsze role były chyba najlepsze i nie mam powodu, by się ich wstydzić. Zaczynałam jako ośmiolatka. To był rok 1973, więc większości ludzi, z którymi dzisiaj pracuję, nie było nawet na świecie. Dziwnie się czuję, jako najstarsza osoba na całym planie. Szczególnie że kiedyś byłam tą najmłodszą. Bawiłam się, podpatrywałam, uczyłam.

Jaką najbardziej szaloną rolę zagrałaś?

Na Brodwayu w "Sylvii" byłam psem. Na dodatek tę rolę napisano specjalnie dla mnie. I było świetnie. Miałam wtedy suczkę - skrzyżowanie order collie i psa dingo - którą starałam się naśladować. To było bardzo egoistyczne stworzenie, zakochane w sobie. Po spektaklu jeden z krytyków napisał, że pół-labrador, pół-pudel w moim wykonaniu przeszedł do historii portretów psich na scenie.

Nie chciałabyś kiedyś zagrać razem ze swoim mężem Matthew?

Nie. Nie chcę stawiać nas w sytuacji, w której oboje na scenie staramy się skupić na sobie uwagę. I tak denerwujemy się tym, że wyjeżdżamy daleko on naszego synka. Wolę robić za publikę dla Matthew.

Myślisz, że to dobrze robi waszemu związkowi?

Nie wiem. Może po prostu jesteśmy ze sobą, bo nie mamy dokąd iść? Kochamy się bardzo, ale nie da się ukryć, że czasem działamy sobie na nerwy. Dobrze więc, że mamy też odrębne życia zawodowe. Sądzę, że to zdrowy układ. Moja koleżanka Amy Sedaris nazywa go "małżeństwem dwóch singli”.

Poza mężem i synkiem, masz jeszcze inną wielką miłość - Nowy Jork.

Nigdzie indziej nie umiałabym żyć. Uwielbiam poezję, jaką ma w sobie Nowy Jork i ludzi, którzy tu mieszkają. Zresztą niespecjalnie mam wybór. Tu mieszkają nasze rodziny, tu urodził i wychowywał się mój maż. Tutaj żyłam przez ponad 30 lat i tu urodziłam syna. Tak po prostu jest.

Czasem jednak musisz wybrać się np. do Los Angeles. To zupełnie inny świat?

Lubię tam jeździć, bo nigdy nie zostaję na dłużej. A poza tym zazwyczaj za mnie tam płacą i mają świetne meksykańskie jedzenie. Los Angeles to dziwne miasto, kompletnie zmonopolizowane przez przemysł filmowy.

Czas na małą niedyskrecję: ile lat ma twój wewnętrzny głos rozsądku?

Na zakupach? Tracę rozsądek. Na co dzień? Dokładnie tyle, ile ja sama. Dobrze jest czuć się na tyle lat, ile się ma, a nie żyć złudzeniami. Przekroczyłam 40. i dokładnie tak się czuję. Cokolwiek to oznacza.