Podobno tak bardzo zależało pani na roli Sue w "Fantastycznej czwórce", że zgodziła się pani na zdjęcia próbne.

Zazwyczaj nie muszę przechodzić przez sito kwalifikacji. Ale tym razem nie było innej możliwości, a ja bardzo chciałam zagrać w "Fantastycznej czwórce". Powiedziałam reżyserowi Timowi Story’emu: "Pewnie mnie nie zaangażujesz, ale chcę, żebyś zobaczył, jak zagrałabym Sue". Odegrałam przed nim kilka scen, byłam jednak pewna, że nie mam szans na zdobycie roli. Zabiegało o nią kilka aktorek znanych bardziej ode mnie. Jednak to mój pomysł na rolę spodobał mu się. Chciałam, żeby Sue była inna niż większość kobiecych postaci w filmach kręconych według komiksów - żeby była inteligentna, niezależna, silna, a jednocześnie bardzo kobieca. Postanowiłam zrobić z niej równorzędną partnerkę mężczyzn, a nie komiksową lalkę - seksowną i bierną.

Dlaczego tak bardzo zależało pani na tej roli? Była pani fanką komiksów o "Fantastycznej czwórce"?

Szczerze mówiąc, przeczytałam je dopiero, kiedy dostałam rolę Sue. W scenariuszu dostrzegłam możliwość zrobienia czegoś innego niż w całej mojej dotychczasowej karierze. Chciałam spróbować stworzyć nowy typ filmowo-komiksowej bohaterki, który byłby naśladowany przez inne aktorki. Mam nadzieję, że na drugiej części nie zakończymy, ale sfilmujemy cały cykl o "Fantastycznej czwórce".

"Fantastyczna czwórka" to w pani dorobku niejedyny film o komiksowym rodowodzie - była też adaptacja "Sin City – Miasto grzechu"...
"Sin City" było dla mnie ważne, bo chciałam pracować z Robertem Rodriguezem. To geniusz! W pełni kontroluje swoje kino - pisze scenariusze, reżyseruje, jest operatorem, montażystą i producentem, komponuje muzykę. Było mi wszystko jedno, kogo zagram w "Sin City". Liczyło się wyłącznie to, żeby Robert dał mi rolę. Do wzięcia była tylko Nancy Callahan.

Jednak na planie nie we wszystkim zgadzała się pani z Rodriguezem. Nie zgodziła się pani rozebrać przed kamerą.

To prawda. Scenariusz zakładał, że pojawię się przed kamerą bez stanika. Nie chciałam się na to zgodzić. Po pierwsze, z zasady nie zgadzam się na rozbierane sceny w moich filmach. Po drugie, czułam, że wcale nie muszę się rozbierać, żeby być seksy i stworzyć odpowiedni nastrój erotycznego napięcia. Miałam rację.

W ubiegłym roku wytoczyła pani proces "Playboyowi"...

Bez mojej zgody dali na okładkę moje zdjęcie w bikini. Fotos pochodził z kampanii promocyjnej "Błękitnej głębi". Byłam zła, bo nie zamierzam robić kariery jako pin-up girl i nie życzę sobie, żeby gazety publikowały moje rozebrane zdjęcia. Do procesu jednak nie doszło. Hugh Hefner, naczelny "Playboya", przeprosił mnie, a ja te przeprosiny przyjęłam.

A co ze zdjęciami robionymi przez paparazzi?
Niestety, muszę się z nimi pogodzić. Oczywiście mogłabym się procesować z gazetami, które je publikują. Ale nie to ma sensu. Każdy proces kosztowałby mnie 20 tys. dol. - wynajęcie adwokata, koszty sądowe etc. A i tak wszystkich zdjęć nie wytropię. Do tego dochodzi jeszcze internet. Muszę się więc pogodzić z tym, że za każdym razem, kiedy idę na plażę, następnego dnia moje zdjęcia w kostiumie kąpielowym pojawiają się w jakimś brukowcu. Nie zamierzam jednak tolerować tego procederu w przypadku znanych pism.

Zaczęła pani karierę jako 12-latka.

Zawsze chciałam być aktorką. Proszę nie pytać mnie dlaczego, bo nie potrafię odpowiedzieć. Aktorstwo miałam we krwi. Pochodzę z rodziny, w której każdy ma skłonność do dramatyzowania w najbardziej nawet niewinnych sytuacjach (śmiech). Moja rodzina ma liczne artystyczne zainteresowania i uzdolnienia – wszyscy tańczą, śpiewają, muzykują, rzeźbią, komponują, malują, występują w teatrze. A do tego jest ona duża i hałaśliwa. Jako dziecko byłam typem introwertyka. Miałam problemy z okazywaniem emocji. Czułam się stłamszona. Aktorstwo było dla mnie ucieczką i formą terapii.

Założyła pani firmę producencką.

Chcę mieć większą kontrolę nad swoją karierą. Jako producentka mam faktyczny wpływ na kompletowanie obsady moich filmów, na scenariusz i wprowadzane do niego zmiany, na wybór reżysera. Mogę więc kontrolować, jak moja bohaterka zostanie pokazana na ekranie, a tym samym budować swój image. Zostałam producentką także dlatego, że wiem dużo o procesie powstawania filmu. Znam się na kwestiach technicznych. Wiem sporo na temat efektów specjalnych. Nauczyłam się tego wszystkiego na planie serialu "Cień anioa". Spędzałam na nim 90 godzin tygodniowo przez trzy i pół roku. Teraz chcę tę wiedzę wykorzystać.