Amerykański reżyser David Lynch chciał stworzyć w Łodzi Hollyłódź. Na razie skończyło się na planach. We Wrocławiu część hal zdjęciowych wynajęto na biura. Nic dziwnego, że dla obu tych miast inwestycja na Mazowszu może oznaczać definitywny kres marzeń o filmowej sławie.

Kolebka powojennej polskiej kinematografii, niegdyś największa wytwórnia filmowa w kraju, Centrum Filmowe w Łodzi czasy świetności ma dawno za sobą. Krach nastąpił w latach 90. Centrum zaczęło przynosić straty, rozpoczęła się jego likwidacja.

Hale przy ul. Łąkowej powoli pustoszały. Aby utrzymać tak dużą jak na nowe czasy firmę, dyrekcja musiała powynajmować puste pomieszczenia ludziom spoza branży. Została tylko jedna hala zdjęciowa, w której zresztą od lat nie powstał żaden film. Co prawda amerykański reżyser David Lynch, zafascynowany Łodzią, planuje stworzenie w tym mieście Centrum Sztuki Świata, ale to wciąż odległe plany.

Nieco lepszą bazą pochwalić się może Wytwórnia Filmów Fabularnych we Wrocławiu funkcjonująca od 1954 r. Ma trzy hale zdjęciowe, w tym największą obecnie w Polsce o powierzchni 1170 mkw. Filmowcy mają do dyspozycji 16 tys. kostiumów i 7 tys. rekwizytów. Co z tego, kiedy filmów nie kręci się tam wiele - w efekcie przez ostatnie lata część pomieszczeń powynajmowano na biura.

Wrocławska wytwórnia powoli zaczyna stawać na nogi, ale adaptowane hale o niskim standardzie nie są konkurencją dla profesjonalnych wytwórni za granicą. A szkoda. Wszak to we Wrocławiu powstało 260 filmów fabularnych, w tym takie dzieła jak "Nóż w wodzie" czy "Popiół i diament".

Nieco lepiej dzieje się w Warszawie. Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych przy ul. Chełmskiej dysponująca dwiema halami zarabia na produkcji przede wszystkim seriali telewizyjnych, w tym TVN-owskiego "Na Wspólnej". Dwie hale ma też ulokowana w zabytkowym forcie wytwórnia "Czołówka". Powstaje tam właśnie film fabularny w reżyserii Grzegorza Packa "Dzień, w którym pękło niebo".

Co się zmieni, gdy w Nowym Mieście nad Pilicą powstanie ogromne filmowe miasteczko? Według Janusza Raua, tymczasowego dyrektora upadającego Centrum Filmowego w Łodzi, polska kinematografia tylko może na tym zyskać, a o konkurencji między miastami nie ma mowy. "Każda inwestycja w przemysł filmowy to dla nas perspektywa rozwoju" - mówi DZIENNIKOWI Rau.

Opinii tej nie podziela Tomasz Łukawski, wiceszef warszawskiej "Czołówki". " Państwo nie chce dofinansowywać już istniejących wytwórni" - mówi Łukawski. "Jeśli powstanie wielkie centrum nad Pilicą, będzie pewnie jeszcze trudniej".

Jedno jest pewne: widzom spragnionym filmów realizowanych w Polsce jest wszystko jedno, czy powstają one w Łodzi, Wrocławiu, czy nad Pilicą. Nieważne, które miasto przyciągnie ekipy z Hollywood - po prostu niech robi to skutecznie.