Najbardziej rozpoznawalna Brytyjka we Francji, słynna skandalistka, aktorka, piosenkarka, wieloletnia partnerka Serge’a Gainsbourga i Jacquesa Dillona, Jane Birkin zadebiutowała jak reżyserka na dużym ekranie filmem „Boxes”. Podczas premierowego pokazu w Cannes pod kinem zebrały się takie tłumy, że większość musiała odejść z niczym. "Dziennikowi" udało się porozmawiać z aktorką i reżyserką.

Pokazywany w sekcji dla debiutantów, w której główną nagrodą jest Złota Kamera, film "Boxes" jest spowiedzią 61-letniej gwiazdy z jej życia osobistego. Nie znajdziemy w nim jednak odniesień do znanych publicznie faktów z jej burzliwych romansów. Birkin otworzyła przed widzem duszę: niezaleczone rany po śmierci ojca zmarłego w tym samym czasie co Gainsbourg, konflikty z trzema córkami (każdą z innego małżeństwa: Kate Barry ze związku z Johnem Barry, kompozytorem muzyki do serii o Jamesie Bondzie, Charlotte Gainsbourg i Lou Dillon, która zagrała w filmie matki), szukanie porozumienia z matką. To kino bardzo kameralne, pełne cieni, duchów, a przede wszystkim rozterek kobiety, która zaczyna mierzyć się ze starością. "Boxes" to kino prawdziwe, pozbawione ekshibicjonizmu.

Podróż przez jej życie przypomina Schulzowskie nastroje z "Sanatorium pod klepsydrą". Anna (Birkin) właśnie wprowadziła się do starego, dużego domu na wybrzeżu Bretanii. W kartonach (tytułowe boxes) jest spakowane wspomnienie całego jej dotychczasowego życia: francuskiej matki, która jej nie rozumiała (świetna Geraldine Chaplin), ojca Brytyjczyka, który za wcześnie odszedł (wybitny francuski aktor i reżyser Michel Piccoli), trzy córki, z którymi próbuje nawiązać kontakt, byli mężowie i kochankowie. Choć z początku z ekranu padaj same oskarżennia, w domu duchów Anna znajdzie pojednanie ze swoją przeszłością. Birkin udało się wciągnąc widza do tej rozmowy z cieniami przeszłości, sprowokować do dialogu z wypowiadanymi z ekranu pytaniami.


Zaangażowała pani do swojego filmu Geraldine Chaplin, wybitną aktorkę. Pracowałyście już razem w latach 80. na planie "Miłości w ziemi" Jacquesa Rivette’a.

Tak. Geraldine nie była kimś obcym, znała moich rodziców, wpadała do nas czasem na obiady. Początkowo chciałam się trzymać z daleka od grania we własnym filmie i zaproponowałam Geraldine rolę Anny - główną rolę w "Boxes" wzorowaną na mnie samej. Odmówiła, bo uważała, że jest do tej roli za stara. Powiedziała: teraz myślę o partnerach życiowych moich dzieci, coraz częściej o śmierci, a Anna jest w innym miejscu jej życia: jej problemem jest menopauza, śmierć ojca, wychowanie ostatniego nastoletniego dziecka, zapytanie siebie samej, czy była dobrą matką. Była na mnie nawet trochę zła. Ale potem zaproponowała mi, że zagra moją matkę. W pierwszej wersji tę rolę miała zagrać moja prawdziwa matka, ale zmarła, zanim doszło do realizacji filmu. Geraldine miała duży wpływ na "Boxes". Część scen w filmie jest inspirowana spotkaniami z Geraldine, zwłaszcza te szalone, jak z teatru absurdu, np. kiedy byłyśmy razem na Kubie, Geraldine zniknęła w pomieszczeniu, w którym nie było wanny ani prysznica na chwilę i znalazłam ją kąpiąca się w zbudowanej przez nią samą kabinie składającej się wielkiego z plastikowego worka i węża ogrodowego. Natychmiast umieściłam to w scenariuszu.

Sama nie chciała pani grać w "Boxes", a pisała pani rolę dla własnej matki?

Moja matka bardzo lubiła ten scenariusz, mówiła, że dzięki niemu lubi siebie coraz bardziej. Zrobiłam ten film w dużej mierze dla niej. Matka zmarła w wieku 88 lat. Była niezwykłą kobietą, energiczną, pełną ducha. Po 11 września pojechała wspierać ludzi w Nowym Jorku, bo sama pamiętała bombardowania Londynu w czasie II wojny światowej. Po skandalu z "Je t’aime, mon non plus" powiedziała mi, że jeśli chodzi o nią, to jej się bardzo podoba. Była jedna z tych osób, które kiedy się uśmiechają, to świat uśmiecha się z nimi.

Opowiada pani o niej z czułością i fascynacją, ale w filmie nie przedstawiła pani waszych relacji tak różowo...

Ale też nie uważam siebie za złą matkę, a nie pokazuję moich relacji z córkami różowo. Oczyściłam się dzięki temu filmowi, zaczęłam pamiętać te lepsze strony naszych relacji. Opowiem pani coś jeszcze. Kiedy jechałam do Sarajewa podczas wojny, poradziłam się matki jako osoby, która wie, co znaczy wojna, co zawieść tym ludziom. Powiedziała mi, że oczywiście jedzenie, rzeczy dla dzieci, buty, ale też trochę normalności, której nie mają: seksowną, jedwabną bieliznę, koronkowe koszule, kosmetyki, te sprawy. Ona ze zburzonego mieszkania w Londynie zabrała tylko kosztowne perfumy. Kiedy nic już nie masz, bierzesz coś, żeby trzymać fason. Chodziłam więc po Sarajewie z przewieszonym przez ramię pasem na naboje do karabinu maszynowego i miałam tam powtykane szminki. I moja matka miała rację: dziewczyny z uniwersytetu, do których poszliśmy, bardziej cieszyły się z tych błyskotek niż z prozaicznych darów, jakie mogły dostać od każdego konwoju humanitarnego.

Udziela się pani w organizacjach humanitarnych, pracuje pani dla Amnesty International. Dlaczego?

Pewnego dnia w Sarajewie przyszedł do mnie zaledwie 7-letni chłopiec i przyniósł mi zakurzony album swojego miasta sprzed bombardowania. Powidział mi: to było moje miasto, tak żyliśmy. Nie jesteśmy barbarzyńcami, a tak mówią o nas w radiu. Pokaż u siebie w telewizji te zdjęcia. Dlatego to robię. Choć ostatnio nie jest łatwo. Parę dni temu odmówili nam wiz do Czeczenii.

W takim razie co taka zaangażowana osoba jak pani robi na tym targowisku próżności w Cannes?

Wczoraj zobaczyłam zdjęcie moje i Serge’a, chyba to był 1967 rok, jak idziemy po czerwonym dywanie. Może pani mi nie uwierzy, ale ja w ogóle nie pamiętam, żebym tu z nim była. Wczoraj ktoś opowiadał mi historię, że przy wszystkich Serge zmusił mnie, żebym klęknęła przed Jackiem Nicholsonem. Wyrzucam to z pamięci, nie dałabym rady napisać wspomnień, bo wszystko mi się myli. To Geraldine powiedziała mi, że byłam tu, promując "Wonderwall", do którego muzykę napisał George Harrison, może nawet byłam tu z Lennonem... Pewnie znajdzie pani kogoś, kto lepiej pamięta, co tu robiłam i kiedy tu byłam. Tym razem jest inaczej. Przyjechałam z własnym filmem, własną historią, której na pewno nie zapomnę. Tamto po prostu nie miało znaczenia.

I to życie znakomicie przeniosła pani na ekran. A w role pani bliskich wcielili się doskonali aktorzy...

Nie było wcale tak łatwo ich znaleźć. To była męka. Mój ojciec miał podobny urok jak Serge. Kobiety nie mogły usiedzieć na jego widok. Był sexy. Michel Piccoli, którego uwielbiam za rolę króla Leara, był najlepszy do roli mojego ojca. Jak zobaczyłam go na planie niosącego na rękach Geraldine, powiedziałam mojej siostrze: Patrz, jakich pięknych rodziców mamy. Naprawdę nas wzruszyli. Kiedy zrobiłam "Boxes", przestałam się czuć sierotą. Natomiast Serge był niepowtarzalny, nie da się go naśladować.

Obsadziła pani w roli swojej córki Lou Dillon, swoją prawdziwą córkę. I dała jej pani najtrudniejszą rolę.

Kiedy w filmie jest scena, w czasie której Lou wyrzuca mi, że jesteśmy tak daleko od siebie, że jedyne, co może zrobić, to krzyknąć: Mamo, tu jestem! A potem pyta: Czy jestem ładna? Uważam, że to najmocniejsza scena pokazująca relację matka-córka w tym filmie. Po jej nakręceniu Lou zaczęła płakać, a to był dopiero pierwszy dzień zdjęć. Serce mi pękało, kiedy musiałam jej powiedzieć, że dekoracje były nie za dobrze ustawione i musimy jeszcze raz nakręcić tę scenę. W końcowym montażu dałam jednak to pierwsze ujęcie.

Pani drugą wielką pasją obok filmu jest muzyka.

Wracam do widzów i słuchaczy na dobre. Trochę ostatnio jeździłam po świecie. W reszłym roku dałam koncert w Rosji i na ulicy podszedł do mnie człowiek i powiedział: "Ja tiebia lublju". To samo co powiedział mi Serge, gdy pierwszy raz wyznawał mi miłość. Nie spodziewałam się tego. Występowałam tyle razy publicznie, krytykując Rosję za politykę wobec Czeczenii, a oni wyznali, że mnie kochają! Gdybym wygłaszała równie żarliwe mowy o IRA i pojechała do Wielkiej Brytanii, chyba by mnie obdarli ze skóry.