Bill Nighy to jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów brytyjskich, wielokrotnie nominowany do licznych prestiżowych nagród filmowych (m.in. British Independent Film Awards w 2002 r.). W drugiej i trzeciej części "Piratów z Karaibów" zagrał rolę demonicznego Davy'ego Jonesa, kapitana statku "Latający Holender". Wygląd Jonesa - którego twarz przypomina średniej wielkości ośmiornicę - jest w całości dziełem specjalistów od komputerowej animacji.

W trzeciej części "Piratów z Karaibów" wcielasz się w rolę Davy'ego Jonesa, uosobienie zła absolutnego. Co jest trudniejsze: zagrać czarny charakter czy poczciwego i dobrotliwego obywatela?

Większość aktorów, których znam, powie ci, że granie negatywnych postaci jest zdecydowanie przyjemniejsze - można wtedy puścić wodze fantazji, pobawić się rolą, a przy okazji jeszcze solidnie nastraszyć widzów. Natomiast znacznie trudniej zagrać dobrotliwego i szczęśliwego bohatera. Staje się wtedy przed bardzo poważnym zadaniem: jak mianowicie pokazać na ekranie szczęście? Abstrahując zaś od tej trudności, z którą wybitni aktorzy umieją sobie zazwyczaj jakoś poradzić, jest jeszcze jeden problem. Otóż w szczęśliwym człowieku nie ma nic ciekawego. Ani kropli szaleństwa, spontaniczności, ryzyka. Wszystko jest przewidywalne, poukładane i mdłe. Jednym słowem, czysta nuda. Żadnego dramatu, żadnego aktorskiego wyzwania.

Z całą pewnością na planie "Piratów... Na krańcu świata" nie mogłeś narzekać na brak aktorskich wyzwań.

To prawda, ale pracę na planie wspominam przede wszystkim jako znakomitą zabawę. Film kręciliśmy na Bahamach i w Los Angeles, a postać, którą gram, to rzeczywiście najprawdziwszy potwór. Wszystko w nim jest przerażające: począwszy od wyglądu, a na uczynkach skończywszy. Wielką przyjemnością była też możliwość współpracy z Gore'em Verbinskim, uważam go za naprawdę doskonałego reżysera.

W trzeciej części "Piratów z Karaibów" pojawia się także Keith Richards...

Spotkanie z nim było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. The Rolling Stones towarzyszą mi niemal przez całe życie. To prawdziwy fenomen, pomimo tylu lat wciąż są w znakomitej formie. Dwa lata temu widziałem ich występ w Twickenham - byli rewelacyjni! I mimo że mam raczej umiarkowany stosunek do idei patriotyzmu (kiedy widzę, jak ktoś wymachuje flagą, automatycznie przestaję mu ufać), to jeśli chodzi o Stonesów, jestem naprawdę dumny, że urodziłem się w tym samym kraju, co oni.

A propos krajów - chciałbym zapytać o Twoje skojarzenia z Polską...

W czasie drugiej wojny światowej mój ojciec był pilotem w RAF i zawsze z dumą opowiadał o swoich polskich przyjaciołach. Mówił, że kiedy rozbrzmiewał sygnał alarmowy informujący o kolejnym ataku Niemców, Polacy startowali zawsze pierwsi. W Anglii zawsze bardzo podziwiano polskich pilotów za ich wielką odwagę, uważano ich za niezwykle mężnych i dzielnych żołnierzy. Ojciec opowiadał mi mnóstwo takich historii. Zawsze też podkreślał, jak bardzo jest dumny i szczęśliwy, że miał okazję walczyć ramię w ramię z Polakami.