Po co aktorzy biorą się za produkcje filmów?
Gdy tylko przeczytałam scenariusz "Malowanego welonu", pokochałam tę historię i moją bohaterkę Kitty, kobietę, która wyprzedziła swój czas. Podeszłam do tego projektu z ogromną pasją, więc postanowiłam zaangażować się także jako producentka. Edward Norton zrobił podobnie. Dowiedzieliśmy się, że znalezienie odpowiednich ludzi, z którymi można zrobić film, wymaga więcej pracy niż przygotowanie ról.

Pierwsze kroki w aktorstwie stawiała pani w Australii.
Długo prosiłam mamę, by pozwoliła mi zająć się aktorstwem. Miała złe wspomnienia związane z ludźmi z show-biznesu. Mój tata był dźwiękowcem Pink Floyd, większość roku spędzał w trasie. Rodzice rozwiedli się, gdy miałam 9 lat. Mama pewnie nie chciała, bym podążyła drogą ojca. Kiedy miałam 14 lat, pozwoliła mi na lekcje aktorstwa w młodzieżowym kółku teatralnym. Uwielbiałam te zajęcia, więc z czasem zapisałam się na bardziej profesjonalne lekcje. Udało mi się wystąpić w kilku produkcjach telewizyjnych i niezliczonych reklamówkach. W końcu trafiłam na plan "Randki na przerwie", która była wielkich hitem w Australii. Poznałam tam Nicole Kidman i razem wyjechałyśmy do Ameryki, ona zrobiła karierę, a dla mnie nastąpiły długie chude lata...

Po roli w „Mulholland Drive” Davida Lyncha chyba nie narzeka pani na propozycje?
Rzeczywiście, telefon częściej dzwoni i nie są to koleżanki, które chcą, bym popilnowała ich dzieci. Dostaję do czytania o wiele lepsze scenariusze niż przed "Mulholland Drive" i miałam okazję pracować ze wspaniałymi reżyserami. To wszystko jest zarazem ekscytujące i przytłaczające. Gdy wszystkie obiektywy i cała uwaga jest skupiona na mnie, czuję co to znaczy być sławnym. A przecież przez lata mieszkałam w Hollywood jako anonimowa osoba. Mam twarz, którą łatwo zmieniać i często ludzie nie rozpoznają mnie na ulicy bez filmowego makijażu. Oczywiście, czasem śledzą mnie fotografowie i paparazzi. Jednak chronię swoje życie prywatne i nie odpowiem panu na żadne pytania niedotyczące mojej pracy.

Porozmawiajmy więc o filmach. Trudno zdefiniować pani aktorski wizerunek. "Mulholland Drive", "21 gramów", "Krąg", "King Kong", "Malowany welon" - gra pani w dramatach, horrorach, fantasy, romansach… Nudzi się pani szybko, czy szuka swojej drogi?
W scenariuszach szukam wyzwań. To musi być coś, co pozwoli mi się rozwinąć, w przeciwnym razie byłoby nudno. Boję się, że za parę lat wyczerpią się te urozmaicenia i wymarzone aktorstwo okaże się nudą!

Na jakiej zasadzie wybiera pani role?
10 lat temu brałam wszystko, łącznie z horrorem "Dzieci kukurydzy 4". Teraz mam większy komfort, mogę wybierać reżyserów, z którymi chcę pracować. Czasem zgadzam się zagrać w filmie, zanim przeczytam scenariusz. Tak było w przypadku "21 gramów" Alejandro Gonzaleza Inarritu. Jego "Amores perros" uważam za film idealny, więc nie musiałam się zastanawiać. Więc chyba tak ułożyłabym listę kryteriów, którymi się kieruję: reżyser, którego lubię, dobry scenariusz, potem cenieni aktorzy, którzy też postanowili zaangażować się w ten projekt.

Po tych wszystkich latach, kiedy nie miała pani co grać, łatwiej przychodzi pani udział w odważnych scenach?
Staram się być nieustraszona. Próbuję zapomnieć o swoich lękach. Nie tylko w pracy, ale także w życiu prywatnym. Myślę, że to ważne, jeśli chcemy coś w życiu osiągnąć.

Czy są aktorki, które pani szanuje za bezkompromisowość?
O, tak! Rola Halle Berry w "Czekając na wyrok" albo Emily Watson w "Przełamując fale". Obie to odważne kreacje, które pamiętałam długo po obejrzeniu filmu. Meryl Streep jest niesamowita. Lubię też Julianne Moore, Kate Winslet, Nicole Kidman, Jodie Foster...

Myśli pani o powrocie do Australii?
Owszem, już zaczęłam szukać tam domu. Na razie prowadzę cygański tryb życia, dużo podróżuję, więc ważne, bym miała w Los Angeles bazę, do której mogę wracać. Ale nigdy nie poczułam się tam jak w domu. Od czasu do czasu muszę zostawić to miasto, chcę mieć kontakt z resztą świata. Może wrócę do Australii szybciej niż myślałam...