Brakuje panu Bohumila Hrabala?
Brakowało mi go bardzo, kiedy pisałem scenariusz do "Obsługiwałem angielskiego króla". To oczywiste, bo wszystkie wcześniejsze scenariusze pisaliśmy razem. Teraz musiałem się tylko domyślać, jakie byłyby jego reakcje na moje pomysły i jakie pomysły miałby on sam. Bez niego praca nad scenariuszem była o wiele trudniejsza. Brakuje mi go też jako człowieka. Ale ludzie żyją i umierają, a dla Hrabala odejście mogło być wybawieniem - pod koniec życia nie był szczęśliwy, bardzo cierpiał.

Widzi pan w filmie pomysły albo fragmenty, o które musiałby się pan z Hrabalem pokłócić?
Myślę, że udało mi się tego uniknąć. Powtarzałem sobie: to by pan Hrabal przełknął, to by potwierdził. Jakbym miał go gdzieś w kieszeni. Nie sądzę, żebym zrobił coś świadomie wbrew jego woli.

Jak się zaczęła pana współpraca z Bohumilem Hrabalem?
Miałem szczęście. Kiedy zaczęły wychodzić jego książki, zakochałem się w nich. Uwielbiałem wszystko, co napisał. I nie byłem w tych uczuciach osamotniony, bo Hrabal wpłynął silnie na całe moje pokolenie. Potem, kiedy starsi koledzy i koleżanki filmowcy - Jan Němec, Jaromil Jireš, Evald Schorm, Věra Chytilová - zdecydowali, by wspólnie zrobić pełnometrażowy film według jego opowiadań, miałem okazję spotkać go po raz pierwszy i pracować z nim. Tak powstały "Perły na dnie". Wzięli mnie, chociaż byłem najmłodszy, całkiem świeży, prawie nieświadomy. Oni byli starsi, każdy miał już na koncie udany pełny metraż - mogli zaprosić mnie niejako na kredyt. Z profesjonalnym zespołem zrobiłem swój fragment filmu. I ten fragment wypadł na tyle dobrze, że zaproponowano mi pracę nad "Pociągami pod specjalnym nadzorem". Za to już musiałem się zabrać razem z panem Hrabalem i tak się ta nasza historia rozpoczęła.

Pamięta pan pierwsze wrażenie ze spotkania z Hrabalem?
Byłem bardzo zdziwiony. Wyobrażałem sobie pisarza jako przygarbionego intelektualistę i nie przyszło mi do głowy, że on może wyglądać jak piłkarz. A Hrabal miał wysportowaną sylwetkę, pięknie wyrzebioną twarz. Kiedy siedział na krześle w pracowni, gdzie się pierwszy raz spotkaliśmy, sprawiał wrażenie sportowca, a nie człowieka, który zajmuje się pisaniem. Miał już wówczas 50 lat, a wydawało się, że to niemal nasz rówieśnik.

Hrabal uwielbiał piwo. A pan?
Ja raczej nie. Mieliśmy całkiem różne podejście do życia. On był człowiekiem refleksyjnym, umiał żyć i delektować się życiem, które zresztą miał bardzo ciężkie. Ja wyrosłem w mieszczańskiej rodzinie, we względnym dobrobycie i bezpieczeństwie. Ojciec był dziennikarzem. Raczej nie lubiłem się włóczyć w towarzystwie, nie piłem, nie paliłem. Chętnie za to samotnie spacerowałem. Byliśmy z panem Hrabalem całkiem odmiennymi ludźmi i może właśnie dlatego tak dobrze się rozumieliśmy. A piwa, szczerze mówiąc, nie znoszę.

Ale pięknie je pan filmuje.
No wie pan, mam do tego właściwy, profesjonalny stosunek.

To pańska ostatnia adaptacja Hrabala czy istnieje jeszcze jakiś jego tekst, który chciałby pan zekranizować?
Pytano się mnie o to wiele razy, ale naprawdę nie wiem. Nigdy nie lubiłem brać się za to, co sobie sam wymyśliłem. Wszystkie te filmy robiłem na zamówienie. Z "Obsługiwałem angielskiego króla" było podobnie. Właściciele praw zaproponowali mi realizację. Nie mam odwagi wziąć książki i powiedzieć, że zrobię z niej film. Produkcja filmowa jest niezwykle droga i wolę, żeby to ryzyko ponosił ktoś inny, a ja już potem będę się starał, by on swoich pieniędzy stracił jak najmniej. Taka praca to rok wyjęty z życiorysu i ogromna odpowiedzialność - brak mi tego rodzaju zdecydowania, skłonności do hazardu.

Czy to jest powód, dla którego tak długo milczał pan jako reżyser filmowy?
Tak. Nie dostałem żadnej sensownej propozycji. Najbardziej mnie irytuje, kiedy przychodzi jakiś producent, facet z dużą forsą, wciska mi do ręki byle co i mówi: "Ty już sobie z tym poradzisz". Nie poradzę sobie. Nie mam ochoty sobie radzić.

Skąd się bierze pański tragikomiczny sposób patrzenia na świat?
Sam nie wiem. Cytując Hrabala z "Pereł na dnie": "Jest to we mnie jak w kozie". Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię sobie z pełnym wyrachowaniem, że ma się w filmie pojawić taka lub inna perspektywa. To by było trochę tak jak w życiu, kiedy człowiek przybiera jakąś pozę. Wolę reagować naturalnie.

Śmiech przez łzy jest szczególną czeską specjalnością.
Właściwie tak - weźmy Hrabala czy Haszka. Od dzieciństwa wychowywałem się na czeskiej literaturze, na Svatopluku Čechu, Janie Nerudzie, a szczególnie na Karolu Czapku. Taki stosunek do świata jest Czechom najbliższy, należy do naszej kultury. Lubimy się smucić z humorem.

Czy uważa się pan za kontynuatora jakiejś filmowej tradycji?
Od Otakara Vávry nauczyłem się, że film musi być całością, wyraźnie się zacząć i skończyć. Jak dobra sztuka teatralna powinien mieć zawsze właściwą puentę. Bliskie jest mi zresztą poczucie kontynuacji, pokrewieństwa. Kiedy byłem dzieckiem, lubiłem oglądać czeskie filmy, na przykład wspomnianego Vávry. Widać, że ci ludzie wychowali się w tym samym kraju, czytali te same książki. Tej bliskości nie da się uniknąć i nie powinno się jej unikać. Całe moje pokolenie funkcjonowało w określonej tradycji. Wysilony bunt byłby kolejną pełną hipokryzji pozą.

Sądzi pan, że ta tradycja jest nadal w czeskim kinie obecna?
Jak najbardziej. Mamy ludzi takich jak Svěrák czy Hřebejk, którzy robią podobne filmy. Nasza krytyka na tym ubolewa, że to zaściankowość, eskapizm, że powinniśmy angażować się w produkcję takich obrazów, jakie się realizuje na Zachodzie. Krytycy skarżą się, że robimy miękkie, łagodne, przyjazne kino, a to fatalnie. Woleliby konformizm i chamstwo.

To także problem z polskim kinem. U nas robi się filmy widzowi nieprzyjazne.
Jako reżyser staram się, żeby filmy, którymi się zajmuję, istniały dla kogoś, do kogoś się zwracały. Nie mam innego celu. Trudno, żebym zdołał z sensem zwrócić się do widza, któremu chcę nawrzucać albo dać po pysku. Taka postawa może niektórym ludziom imponować, ale z pewnością nie zbierze się ich tylu, by film się opłacił albo chociaż zwrócił. Pamiętam, że kiedy mama się na mnie wściekała, też wpadałem w złość. A gdy traktowała moje występki z ironią i uśmiechem, wówczas się wstydziłem. To przynosiło lepsze efekty. Sztuka powinna pozostawać we właściwej relacji ze swoimi konsumentami - ona nas cywilizuje. Literatura, film i teatr mają na człowieka wielki wpływ. Skoro więc tak się złożyło, że to też mój zawód, wolałbym, by ten wpływ miał charakter pozytywny. A tego nie da się zrobić, plując na publiczność.