Ważnym wątkiem "Kilku dni września" są relacje między rodzicami i ich dziećmi. Co pani o tym sądzi jako matka dwójki dzieci?
Macierzyństwo nie jest naturalnym uczuciem. Dziewczynki nie rodzą się, by być matkami, tylko się tego uczą. Gdy masz dziecko i problemy rodzinne, w pewnym sensie stajesz się jeszcze bardziej odpowiedzialna jako matka. Słyszałam kobiety, które mówiły do swoich dzieci: "Dałam ci to! Dla ciebie przestałam pracować! I tak mi się odwdzięczasz?". To straszne, że uważają macierzyństwo za poświęcenie, jakby nie miały innego wyjścia. Dla mnie to akt miłości.

Czy macierzyństwo zmieniło panią w jakiś sposób?
Tak. Każdego dnia. Czuję, że to dzieci uczą mnie więcej niż ja je. Mam dwójkę dzieci, które ciągle się zmieniają, rosną, mają inne pytania i potrzeby. To sprawia, że czasami jako matka wątpię w swoje umiejętności. Nie potrzebują już ode mnie rzeczy, których potrzebowały kiedyś. To pouczające. Czasami, gdy się pokłócimy, czuję jakby to była moja wina, bo ich nie rozumiem, nie nadążam za ich rozwojem. To proces. Nie można sobie wyobrazić, co to znaczy być matką. Tego trzeba doświadczyć.

Co było w macierzyństwie największą niespodzianką?
Chyba miłość. To szczególny rodzaj miłości, który w pewnym sensie nie pasuje do tego świata. To zaskakujące uczucie, wręcz nie do opisania. To nie to samo, co miłość kochanków. Nazywamy ją biologiczną, bezwarunkową, ale jest w niej coś fascynującego. Jest ogromna.

Dlaczego nigdy nie wyszła pani za mąż?
Dlaczego? Niech pan mi powie! (śmiech) Nie wiem. Może dlatego, że pochodzę z rozbitej rodziny. Moi dziadkowie i rodzice byli rozwiedzeni. Miałam już kiedyś pierścionek, ale to chyba nie był jeszcze ten właściwy.

Bohaterka "Kilku dni września" jest inna od pani dotychczasowych filmowych wcieleń. Tak fachowo trzyma pani broń, że wierzymy, iż jest pani bezwzględnym zabójcą. Trudno zmienić wizerunek po tylu latach grania?
Musiałam być bardziej agresywna i uwodzicielska niż kiedykolwiek, a jednocześnie wypalona, jakbym za dużo w życiu widziała. Nigdy nie manipulowałam ludźmi w ten sposób ani w życiu, ani na ekranie.

"Kilka dni września" opowiada bardzo osobistą historię, a zarazem jest filmem politycznym. To samo można powiedzieć o "Rozstaniach i powrotach" Anthony’ego Minghelli, w którym zagrała pani uciekinierkę z Bośni mieszkającą w Londynie. Angażuje się pani politycznie?
Oba te filmy mówią o ważnych problemach naszego świata, ale to zupełnie inne historie. W przypadku "Rozstań i powrotów", gdzie gram imigrantkę, czułam, że muszę wziąć udział w tej opowieści, bo jest bliska mojej rodzinnej historii. Moja prababcia pochodziła z Polski, więc w pewnym sensie scenariusz oddawał jej losy. Gdy przybyła do Paryża, też była krawcową, tak jak moja bohaterka w filmie Anthony’ego.

Pracuje pani z najlepszymi reżyserami, zdobyła pani Oscara. Czy to oznacza, że odniosła pani sukces?
Nie jestem jeszcze świadoma sukcesu. Sukces to złudzenie. Gdy ktoś mi mówi, co czuł po obejrzeniu filmu, wtedy staje się rzeczywisty. Ale w gruncie rzeczy to tylko idea. Nie ma dla mnie znaczenia. Sprawia, że czuję się dobrze, ale nie śpię z wynikami box office pod poduszką. Jestem szczęśliwa, ponieważ lubię swoją pracę.

Musi pani szczególnie chronić swoją prywatność?
Nie. Jestem gwiazdą na festiwalach, na czerwonym dywanie w Cannes, w programach telewizyjnych, ale tam, gdzie mieszkam, nie jestem nią. Szczerze mówiąc, nie zamykam nawet drzwi do domu na klucz.

Nigdy nie przeprowadziła się pani do Hollywood, rzadko widujemy panią w amerykańskich produkcjach. To świadomy wybór czy zbieg okoliczności?
Żyję w innym świecie. Mieszkam we Francji, gdzie mogę wybierać reżyserów, z którymi chcę pracować. Moim marzeniem była praca z różnymi ludźmi i kulturami. Postanowiłam nauczyć się angielskiego, gdyż znajomość języka ułatwia poznawanie ludzi. Nie zrobiłam tego, by stać się amerykańską aktorką. Nie przeprowadziłam się do Ameryki z wyboru. Dziś pracuję z reżyserem z Tajwanu, jutro z kimś z zupełnie innej części świata. Moim marzeniem było się przeistaczać.

Kto jest pani ulubionym reżyserem spośród tych, z którymi pani pracowała?
Wszyscy! Naprawdę. Uwielbiałam pracę z Ferrarą, Minghellą, Kieślowskim, Techinem, Michaelem Hanekem. Zgodziłam się zagrać w jego filmie "Ukryte", nie czytając nawet scenariusza.