Andrzej Barański, autor wielu znakomitych filmów o polskiej prowincji (m.in. "Kobieta z prowincji", "Nad rzeką, której nie ma") zekranizował tym razem "Dziennik we dwoje" Jadwigi Stańczakowej. Skromnymi środkami, ale za to bardzo dociekliwie, przedstawił reżyser relację, jaka łączyła Mirona Białoszewskiego z Jadwigą Stańczakową - niewidomą poetką i dziennikarką. "Parę osób, mały czas" to film niezwykle emocjonalny i nieco hermetyczny. Barański nie tłumaczy widzom rzeczy podstawowych, nie przedstawia swych postaci. Skupia się na tym, co łączyło dwie silne i niezwykle różniące się od siebie osobowości.

Na realizację filmu o Mironie Białoszewskim czekał pan siedem lat. Na wprowadzenie go do dystrybucji - kolejne dwa. To długo nawet jak na polskie warunki.

Oczekiwanie na wyświetlanie w kinach było wprost proporcjonalne do oczekiwania na realizację filmu (śmiech). Scenariusz od razu został doceniony, ale na skierowanie do produkcji musiałem czekać bardzo długo. Problem w tym, że telewizja ma olbrzymią produkcję, ale dla najszerszej publiczności, co jest zrozumiałe. Takie filmy, jak "Parę osób, mały czas", są swego rodzaju luksusem. Na odkładanie decyzji o produkcji być może miała wpływ opinia o pisarstwie Białoszewskiego, że jest trudne. To nie jest typowa biografia. To obraz nieco hermetyczny. Ale film jest wielowarstwowy i może zainteresować różnych widzów. Począwszy od uniwersalnego wątku przyjaźni mężczyzny i kobiety, po rozszyfrowywanie osób, zdarzeń, dla wtajemniczonych.

Nie myślał pan o tym, żeby zrobić klasyczną biografię?

Książka, którą się zainteresowałem - "Dziennik we dwoje" Jadwigi Stańczakowej - nie jest materiałem na regularną, całościową biografię. Ja znalazłem w niej coś innego, szansę na zupełnie inny rodzaj filmu - pokazać, mówiąc umownie, chwilę. Ta chwila w filmie to kilka ostatnich lat życia Mirona. Ale okazuje się, że w chwili odbija się całe życie, mnóstwo odniesień do tego, co było wcześniej. Wszystko to pojawia się w sposób naturalny, przy okazji. Nic nie dodałem na siłę, po prostu samo wypłynęło. Gdyby nie książka Stańczakowej, być może nawet nie pomyślałbym, żeby zrobić obraz biograficzny o Białoszewskim. Chciałem zrobić film według jego "Zawału", a więc też tylko kawałek jego życia. Dziennik jest dla mnie dobrym materiałem na scenariusz, bowiem nie jest pisany interesownie, z myślą stworzenia konkretnej fabuły. Na zapiski Stańczakowej spojrzałem jako na swoiste haiku. Jak na kilka linijek niekoniecznie ze sobą korespondujących, które tworzą jakiś klimat.

Czy przez potraktowanie życia i twórczości Białoszewskiego wyrywkowo film nie stał się dla przeciętnego widza mało zrozumiały, czy jak pan sam mówił - hermetyczny?

Życie Mirona Białoszewskiego jest na tyle barwne, że być może kiedyś powstanie klasyczny film biograficzny. Ja zrobiłem migawkową fotografię. W ten sposób nie chcę powiedzieć, że zrobiłem mniej. Reporterskie zdjęcie często więcej mi mówi niż obszerny artykuł. Filmy biograficzne bardzo rzadko się udają. Na ogół jest to wypracowanie szkolne plus kolorowe obrazki. Dzieciństwo, lata szkolne, młodość, a na końcu pogrzeb, uroczysty albo bezimienna mogiła (śmiech). Dialogi w takim filmie zawsze ukierunkowane są na stronę informacyjną. Przeszkodą jest też ograniczony czas trwania filmu. Dlatego lepsze są biografie książkowe. Chlubnym wyjątkiem jest "Mój Nikifor".

Pan zrobił film na podstawie dzienników niewidomej kobiety. Na język filmu przeniósł pan wyobrażenie o świecie kogoś, kto go nie widzi. To wydaje się bardzo odważne.

W "Dzienniku we dwoje" Stańczakowa nie próbowała opisywać tego, co mogłaby zobaczyć, tylko to, co słyszała. Nie podchodziłem do tego formalistycznie. Były na świecie próby kręcenia filmów subiektywnych, z punku widzenia niewidomego, ale zawsze kończyło się to ślepą uliczką . Pogłębiony świat doznań niewidomej Stańczakowa opisała nie w "Dzienniku…", tylko w wierszach. Chyba właśnie poezja lepiej się do tego nadaje. To właśnie Miron tak ukierunkował Jadwigę - na pisanie o tym, co najlepiej znała. I ta podpowiedź chyba była kluczem do jej sukcesu jako autorki znakomitych tomików poezji. Jadwiga pisała też prozę, ale to już był inny odbiór świata, mniej duchowy, raczej "rzemiosło" bycia niewidomym.

Czyli mamy z jednej strony poetę tworzącego swoje wiersze, z drugiej niewidomą kobietę, która musi stworzyć sobie świat, jakiego nie może zobaczyć na własne oczy?

Mówi się, że Miron był oczami Jadwigi. Otóż Jadwiga sama bardzo dużo "widziała" na użytek życia codziennego. Świat odbierała jako przeszkody, które trzeba ominąć, żeby się boleśnie z nimi nie zderzyć. Natomiast Miron "otworzył jej oczy" na świat opisany jego słowami. Zachwycił ją tak, jak nas, kiedy czytamy jego książki. Świat malowany jego słowami ma nie tylko urodę, ale i energię, która jest zachętą do życia i twórczości. Z tym większą motywacją zaczęła sama tworzyć i znajdować w tym również ucieczkę przed gnębiącą ją depresją. Miron niechętnie przyjął Jadwigę pod swoje skrzydła, ale kiedy już to się stało, był wymagającym mentorem.

Pisanie Białoszewskiego nie jest głównym tematem pańskiego filmu. Dlaczego?

W "Dzienniku we dwoje" najbardziej zainteresowała mnie relacja między Jadwigą i Mironem. Ale pisanie też. Można powiedzieć, że w tym domu wszystko stoi na pisaniu, bo nie tylko Miron, ale i Jadwiga, jeszcze Tadek. Cały czas mówi się o pisaniu, wydawaniu. Miron rano idzie do apteki, zostaje odesłany do drugiej, do trzeciej, i jeszcze raz do pierwszej, i dostaje to, czego potrzebuje. A już po południu spisuje tą przygodę i powstaje piękny kawałek prozy. W filmie pokazałem ten przepływ pomiędzy życiem i literaturą. To są zmagania z pisaniem i życiem.

I poeta okazuje się bardziej bezsilny niż niewidoma kobieta.

Miron zawsze martwił się, że za mało pisze, że trwoni czas. Ale wtedy rzeczywiście miał dołek, czuł pewne wyczerpanie, miał wątpliwości, czy idzie we właściwym kierunku, bał się powtórek. Jadwiga była mu wtedy podporą, słyszał od niej słowa, których potrzebował, że jest znakomity, że ludzie czekają na jego książki. Jak wiadomo, Jadwiga załatwiała za niego różne sprawy życiowe, bo on nie lubił tego robić. Począwszy od zakupu skarpetek, po prowadzenie tzw. sekretariaciku. To ona, niewidoma, prowadziła jego korespondencję, rozmawiała z wydawcami, uciszała hałaśliwych sąsiadów Mirona. W filmie jest scena, w której Miron przychodzi z Jadwigą do urzędu, którego pracownik myśli, że to on przyprowadził niewidomą, a było na odwrót.

Akcja filmu "Parę osób, mały czas" rozgrywa się w latach 70. i 80., lecz nie znajdziemy tam polityki. Czemu wystrzega się pan tematu, którego wszyscy spodziewają się po filmach, których akcja rozgrywa się w tym czasie?

Oczekuje się przykładów ucisku i buntu, tak tamten czas jest postrzegany. Miron jednak znowu jest wyjątkiem. W latach 70. całkiem znośnie mu się żyło. Po latach biedy i życia na marginesie - jako że nie miał stałej pracy - wtedy żyło mu się bardzo dobrze. Przy małych wymaganiach Mirona wszystko było w zasięgu jego możliwości. Po ciężkich doświadczeniach z Hitlerem i Stalinem pragnął stabilizacji. W odróżnieniu od jego otoczenia nie wypatrywał zmian.

Mimo to zawarł pan w filmie ironiczne komentarze do PRL. Na przykład sprawa załatwiania telefonu dla Białoszewskiego i związane z tym absurdalne podania, rekomendacje.

Taka była rzeczywistość, ale to było lepsze od tego, co przeżył, kiedy, żeby zapalić, musiał zbierać pety, a jego sposób pisania nie miał żadnej przyszłości. W filmie, oczywiście, panuje PRL ze wszystkimi swoimi urokami epoki gierkowskiej. Myślę, że nie komentuję jej ironicznie, ona wprost taka była. I utwory Białoszewskiego, jak im się przyjrzeć, są kopalnią wiadomości o życiu w tamtych czasach.

Wkrótce ma pan rozpocząć prace nad ekranizacją "Wrzosu" Rodziewiczówny. Czy dla reżysera, który specjalizuje się w zupełnie innych klimatach, to jest odpowiedni materiał na film?

"Wrzos" Rodziewiczówny jest tylko punktem wyjścia. Tadeusz Chmielewski stworzył scenariusz, który nie jest wierną adaptacją powieści. Wizja pisarki została rozszerzona, teraz jest to świetnie udokumentowana panorama społeczna. To nie będzie tylko romans, a film o polskim losie. Akcja będzie się toczyła o każdej porze roku, więc zdjęcia będą kręcone na przestrzeni wielu miesięcy. Zamierzamy nakręcić dwanaście godzinnych odcinków filmu kostiumowego, jest to duże zadanie produkcyjne i realizatorskie. Obsady jeszcze nie skompletowałem, wprowadzanie tak dużego filmu do produkcji trwa długo, młodzi aktorzy mogą się zestarzeć. Na wszelki wypadek odpukuję.