Oprócz reżyserii w Moskwie ukończył pan również wydział aktorski w rodzinnym Irkucku. Czy dzięki temu łatwiej panu pracować z aktorami?

Najwidoczniej jestem ostatnim z tego pokolenia aktorów i reżyserów, którzy uczyli się u mistrzów starej szkoly. Uczyli mnie ci wybitni staruszkowie, którzy sami zdobywali wiedzę pod skrzydłami Jewgienija Bagrationowicza Wachtangowa i widzieli żywego Konstantego Siergiejewicza Stanisławskiego. Lecz za swojego prawdziwego mistrza uważam reżysera Wiaczesława Sztajnera, choć Stanisławskiego też coraz częściej wymieniam przy tej okazji.

Zachodnia krytyka upatruje w panu lidera młodego rosyjskiego pokolenia. Też pan tak o sobie myśli?

Pokolenie, które reprezentuję, jest pokoleniem przełomu, a ten z kolei jest początkiem nowego życia dla naszych następców. Jestem przekonany, że kolejne pokolenie zaskoczy nas swoją wielkością. Czuję, że jestem jak asfalt, po którym już wkrótce będzie kroczył jakiś nowy wielki rosyjski pisarz.

Czego nie dawał panu teatr, że zdecydował się pan zrobić film?

Teraz nie ma znaczenia, czym ludzie się zajmują. Liczy się tylko to, dlaczego chcą o czymś opowiedzieć. Dziedziny sztuki straciły już dawno pierwotne znaczenie.

Pana dramaty, jak "Sny" czy "Tlen", mówią o rozkładzie rosyjskiego społeczeństwa. Tacy są według pana współcześni Rosjanie?

Nie jestem pisarzem społecznym, ale moje teksty dotyczą życia lub polityki. Nie jest tak, że chcę za wszelką cenę pokazać, że rosyjskie społeczeństwo jest kompletnie beznadziejne i do niczego niezdolne. Przeciwnie, uważam, że świat o nim jeszcze usłyszy.

W Rosji pana sztuki są odbierane jako dokumenty. W Polsce mówi się o nich jak o teatrze z pogranicza jawy i snu. Ciekawi pana odzew pańskiej twórczości za granicą?

W Polsce moje sztuki są więc odbierane w sposób znacznie bliższy moim reżyserskim zamysłom.

W wywiadach podkreśla pan, że nie umie się cieszyć wizualną doskonałością baletu czy opery, bo sztuka ma być przede wszystkim dialogiem w ważnej sprawie.

Do tej pory w swoich publicznych wypowiedziach bardzo dużo miejsca poświęcałem zaangażowaniu sztuki w społeczne przemiany. Dziś czuję, że już nie chcę o tym mówić, bo słowa takie jak powaga, perfekcjonizm czy nawet balet straciły swoje znaczenie. Wciąż jednak uważam, że zadaniem artystów jest rozpoznać problem, a potem się z nim za pomocą sztuki rozprawić.

Fabuła "Euforii" ma coś z greckiej tragedii. To celowy zabieg?

W fazie przygotowawczej filmu, a potem w trakcie zdjęć, dużo o tym rozmawialiśmy. Teraz jednak wiem, że te dyskusje niczego do pracy nie wniosły. Zrozumiałem, że starogreckiego dramatu nie ma i nie da się go zrobić, ponieważ nie ma starożytnej Grecji.

W "Euforii" główną rolę kobiecą powierzył pan własnej żonie. To ułatwia czy utrudnia współpracę?

Polina Aguriejewa to wielka rosyjska aktorka. Musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby ją namówić, bo nie lubi kina. I choć dostaje dziesiątki scenariuszy, wszystkie po kolei odrzuca. Podziwiają ją Tom Stoppard i Peter Brook. Michaił Barysznikow zadedykował jej taniec. W ubiegłym roku odmówiła nawet udziału w filmie z Garym Oldmanem. I to nie kokieteria. Po prostu to nie dla niej. Czasami gdy budzę się i widzę ją obok, trudno mi uwierzyć, że to Aguriejewa we własnej osobie. Jest dla mnie niezrozumiała i tajemnicza, żyje w swoim magicznym świecie. Kiedy czasem poproszę ją o pozmywanie naczyń, szybko uświadamiam sobie, że ona jest stworzona do czegoś więcej. Polina to piękna i niedostępna gwiazda, która nie jest w zasięgu nikogo z nas.