Pierwszy to muzyczna fabuła rozgrywająca się w Warszawie lat 20., drugi to "Metro", filmowa wersja wielkiego sukcesu teatralnego z początku lat 90. Józefowicz twierdzi, że jest już gotowy do robienia filmów i przede wszystkim wie, jak się do tego zabrać.

Podobno zamierza pan wyjechać na Białoruś... Prawda to?

Prawda. W Mińsku szykuję prapremierę musicalu "Prorok" Iliji Olejnikowa.

Zagwarantowano panu tam wolność artystyczną?

To się dopiero okaże. Premiera pod koniec maja. Pewnie prezydent Łukaszenka się na niej pojawi. To pierwsze musicalowe przedsięwzięcie na Białorusi. W dodatku po raz pierwszy zrobione w części za prywatne pieniądze.

Wygląda na to, że na Białorusi szykuje się rewolucja kulturalna, której pan będzie autorem...

Jeżeli się wszystko uda, to pewnie tak. Na razie zaakceptowano scenariusz. Ku mojemu zdziwieniu nie wycięto sceny dotyczącej wolności... Wiem, że ona będzie wzbudzać wśród publiczności wielkie emocje. Kiedy ją próbowaliśmy, artyści mieli wypieki na twarzy.

Ma pan wolną rękę w doborze artystów: tancerzy, wokalistów?

Jasne, inaczej nie podjąłbym się tej pracy. Zrobiłem kilka castingów i wybrałem naprawdę superutalentowanych ludzi. Wielu z nich jest zafascynowanych Polską. Zresztą czuję, że środowisku, w którym się tam znalazłem, zapanowała moda na polskość. Przychodzą do mnie ludzie i opowiadają o swoich polskich korzeniach albo związkach z Polakami. Oni nas bardzo szanują, a ja się tam wyśmienicie odnajduję. Niedawno poznałem tam faceta, szefa tamtejszej telewizji, który opowiedział mi, że kiedy zobaczył koncert Czerwonych Gitar, zrozumiał, co chcę w życiu robić, i zaczął śpiewać. Śpiewaliśmy razem "Annę Marię" i "Biały krzyż".

Wprowadza pan tam swoje słynne autorytarne rządy?

Oczywiście, nie mam innego wyjścia. Zabieram ze sobą swoich asystentów, scenografów, mistrzów oświetlenia i wymagam, żeby wszyscy pracowali pod moje dyktando. Inaczej nic by z tego nie wyszło.

Co pana skusiło do pracy na Białorusi?

Po sukcesach w Moskwie po prostu otrzymałem taką propozycję. Poza tym, mam tam do dyspozycji taki budżet, o którym w Polsce nawet nikt nie może marzyć. "Prorok" ma kosztować 3 miliony dolarów. W Ameryce bym tyle nie dostał. Mogę sobie pozwolić na naprawdę wielki rozmach inscenizacyjny.

Chciałby pan pokazać "Proroka" w Polsce?

Być może tak się stanie. Na razie jednak planowane jest wielkie tournée po Rosji.

Po powrocie z Rosji pewnie zabierze się pan do pracy nad filmową wersją "Metra"...

Od prawie roku pracujemy nad scenariuszem, bo wiem, że dobry scenariusz to połowa sukcesu filmu. Poprosiłem Michała Kwiecińskiego, producenta filmu, by dał mi najlepszego ze swoich scenarzystów. Polecił mi Radka Figurę, autora między innymi "Magdy M.". Za chwilę scenariusz będzie gotowy i przystąpimy z producentem do zbudżetowania filmowego "Metra". Zresztą specjalnie mi się nie spieszy. Chcę podejść do tego projektu przygotowany. Cieszę się, że Michał Kwieciński zainteresował się "Metrem", to świetny producent. Mam komfortową sytuację i nadzieję, że będę umiał z tego skorzystać. Na pewno nic nie będę robił w pośpiechu. Nie wiem, czy najpierw zrobię "Metro", czy też film, którego akcja osadzona będzie we wspaniałej Warszawie lat 20. Marek Groński napisał scenariusz. Będzie o miłości, kabaretach, nie zabraknie też wątku kryminalnego. Jednak wszystko jest kwestią wyznaczenia sobie priorytetów. Jeśli dostanę zielone światło na "Metro", to rzucam wszystko i zabieram się za film.

Czym zamierza pan zaskoczyć widzów filmu "Metro"?

Debiut w filmie jest dla mnie bardzo ważny. W Polsce nie ma takiej sceny teatralnej, na której mógłby zrealizować wszystkie swoje pomysły. Kino może być przestrzenią , w której będę mógł rozwinąć inscenizacyjne skrzydła. Na początku lat 90. "Metro" rozpoczęło nowy rozdział w polskim teatrze. Chciałbym, żeby teraz otworzyło rozdział współczesnego kina muzycznego. W dziedzinie filmu. Na pewno będzie to pierwszy film muzyczny w wolnej Polsce.

A jaka jest metoda na zrobienie dobrego filmu muzycznego? Czy wzorem dla pana może być obraz "Chicago"?

Nie jestem zachwycony tym filmem, bo uważam, że aktorzy nie stanęli na wysokości zadania. Naprawdę można zdecydowanie lepiej tańczyć i śpiewać. Ze współczesnych propozycji musicalowo-filmowych zdecydowanie wolę "Moulin Rouge". A jeśli chodzi o metodę, receptę czy patent na dobry film muzyczny, to nie umiem tego dokładnie określić, ale wydaję mi się, że wiem, jak zrobić taki film. Zdaję sobie sprawę, że przełożenie "Metra" na język kina nie jest sprawą prostą. Zawsze robiłem takie przedstawienia, jakie sam chciałbym obejrzeć. I to się sprawdzało. Podobną metodę zastosuje przy filmie. Wydaje mi się, że widzowie przyjdą do kin, choćby z ciekawości. "Metro" w teatrze zobaczyło ponad milion osób i część z nich na pewno będzie chciało zobaczyć wersję filmową tego spektaklu.

Szykuje się superprodukcja?

Chciałbym, żeby tak było. Jeszcze nie wiem, ile film będzie kosztował, ale nie wydaje mi się, żeby był jakoś spektakularnie drogi. Przecież to współczesne kino rozgrywające się na ulicach Warszawy i w metrze. Planuję też sporo plenerów. Na pewno wykorzystam również animację w jednej ze scen, a konkretnie w "śnie narkomana". Poza tym zaangażuję młodych, zdolnych ludzi, a nie drogie gwiazdy...

Nie uważa pan, że idzie pan na łatwiznę?

W jakim sensie?

W takim, że zabiera się pan za coś, co już raz odniosło wielki sukces i teraz też jest pan prawie pewien, że taki sukces odniesie?

Mnie i Janusza Stokłosę czeka mordercza praca, a nie łatwizna. Będę od początku robił castingi. Janusz zamierza pracować jeszcze nad aranżami, a ja nad choreografią. Jestem pewien, że ten film będę robił z radością. Wiem z doświadczenia, że trudno jest zrealizować dobry spektakl muzyczny, a jeszcze trudniej jest go utrzymać na dobrym poziomie. "Metro" grane jest po raz 1300 któryś i trudno wymagać od artystów, którzy biorą w nim udział, by na każdym przedstawieniu byli w najlepszej życiowej formie, nogę podnosili jak najwyżej i salto było jak najlepiej dokręcone. Kino natomiast stwarza możliwość zapisu najlepszych wykonań. Fantastycznie czuję się z myślą, że będę mógł te najlepsze dźwięki i najbardziej dopracowane ewolucje choreograficzne zapisać raz na zawsze...

Nie zestarzało się "Metro" przez te 16 lat od premiery?

Proszę przyjść na spektakl, to się pani przekona. Okazało się, że muzyka Stokłosy przetrwała próbę czasu. Może dlatego, że Janusz nie schlebiał żadnym bieżącym modom. Dzisiaj widzę na widowni Teatru Buffo młodych ludzi, którzy z wypiekami na twarzy przeżywają to, co się dzieje w "Metrze". Ten spektakl nadal budzi wielkie emocje i mogę się pokusić o stwierdzenie, że jest uniwersalny.

Przychodzą jeszcze na "Metro" ci wielcy fani z początku lat 90., którzy widzieli pana widowisko ponad 300 razy?

Pewnie, że przychodzą. Teraz są już po trzydziestce. "Metro" to część ich życia.

Może powinien pan zaangażować ich do filmu?

To jest jakiś pomysł... Nie wiem, czy się wszyscy zmieszczą w tym moim filmie, bo ja bym chciał zaprosić naprawdę sporo ludzi do tego przedsięwzięcia. Na pewno cała pierwsza obsada "Metra", z Edytą Górniak, Kasią Groniec i Robertem Janowskim powinna się pojawić w filmie, przynajmniej w jakiś rolach epizodycznych.

Gdzie pan zmierza szukać ludzi do głównych ról?

Gdzieś w Polsce. Zrobię wielki casting i jestem przekonany, że dzięki temu znajdę kilka kolejnych niezwykle utalentowanych osób, dla których "Metro" będzie początkiem wielkich karier.

Bierze pan pod uwagę zrealizowanie anglojęzycznej wersji filmu "Metro"?

Na razie zupełnie o tym nie myślę. Wcześniej miałem propozycję zrobienia rosyjskiej wersji filmu w Moskwie. Doszedłem jednak do wniosku, że lepiej, by ta produkcja została w domu, w Polsce.

Nie boi się pan porażki?

Nie.

A nie miał pan poczucia porażki po zeszłorocznej premierze pana opery "Ca ira" w Poznaniu?

Nie jestem wielkim fanem swoich przedsięwzięć artystycznych. W każdym spektaklu mam oczywiście kilka scen, które lubię. A jeśli chodzi o porażki, to generalnie robię przedstawienia dla widzów, a nie dla recenzentów i krytyków. Po premierze "Ca ira" dostaliśmy dwudziestominutową owację na stojąco i to jest dla mnie najważniejsze. Złych krytyk nie czytam, bo nie chcę się denerwować. Sam jestem dla siebie najsurowszym krytykiem i to mi w zupełności wystarczy. Przecież po premierze "Metra" recenzje były straszne. Zostałem zmieszany z błotem. Gdybym się tym przejmował, tobym więcej nic nie zrobił. A wracając do "Ca ira" to dla mnie była wspaniała przygoda, dobre doświadczenie, które wykorzystam przy kolejnych produkcjach. Wszystko wskazuje na to, że ten spektakl będzie pokazywany w wielu miejscach na świecie, między innymi w Operze Tokijskiej, Hyde Parku, Wersalu i na Kremlu.