Pana poprzedni film to adaptacja komisku "Hellboy". Czy przy tworzeniu "Labiryntu..." też inspirował się pan stylistyką komiksu?

Podobają mi się mroczne baśniowe klimaty, w których działają komiksowi superbohaterowie. Myślę jednak, że świetnie czują się w nich też postaci z tradycyjnych ludowych opowieści. Podczas pracy nad "Labiryntem..." inspirowałem się nie tylko nowoczesną popkulturą i starymi legendami, ale też XIX-wiecznym malarstwem symbolicznym. Wtedy każdy obraz był jak zagadka.

Współpracował pan z wieloma znanymi reżyserami, m.in. Robertem Rodriguezem i Quentinem Tarantino. Które z tych spotkań najwięcej pana nauczyło?

Tych dwóch facetów to absolutni geniusze, ale z reżyserem "Labiryntu..." Guillermo del Toro łączą mnie nie tylko profesjonalne stosunki. Poznaliśmy się 20 lat temu, kiedy stawiałem pierwsze kroki w Stanach i pracowałem głównie przy reklamówkach. Połączyło nas nie tylko to samo imię - wcale nie tak popularne w Meksyku - ale też uwielbienie dla dziwnych klimatów i upiornych historii. Przy nich czujemy się spełnieni (śmiech).

Skończył pan socjologię. Jak na operatora, to dość oryginalny kierunek.

Do przemysłu filmowego nie trafiłem dzięki szkole, ale terminowaniu u kolejnych reżyserów. Na plan filmowy wciągnęła mnie siostra producentka. Zacząłem od fotosów, a potem przeszedłem karkołomną drogę. Nosiłem kable, byłem asystentem asystenta reżysera, uczyłem się obsługi kamery i powoli wspinałem się po szeblach kinowej hierarchii.

Pochodzi pan z Meksyku, ale zrobił karierę w USA. Jak wspomina pan początki?

Wszyscy powtarzali wtedy, że w Stanach Meksykanin może zostać najwyżej ogrodnikiem. Hollywood, zanim zaczął obsadzać latynoamerykańskie gwiazdy w głównych rolach, długo korzystał z meksykańskich techników, bo pracowali za niższe stawki. Poza tym wiele zachodnich filmów kręci się w Ameryce Południowej. Są tam góry, pustynie, ciekawe krajobrazy i tańsze hotele.