Wydawałoby się, że składniki oraz przepis wydadzą na świat kolejną familijno-fantastyczną papką à la "Opowieści z Narnii", a tu nagle wszystko staje na głowie i bajka dla dzieci jest niekoniecznie pusta i dziecinna. Widz idzie do kina mocno uprzedzony. Zupełnie niepotrzebnie. Bo zamiast oczekiwanej sieczki otrzymujemy opowieść, po której wychodzimy z kina i słyszymy zdumione głosy dzieci, które pytają się na wzajem: "A gdzie podziały się przygody i stwory?".

"Most do Terabithii" to film, który można polecić wszystkim dzieciom. Ale nie tylko. Warto, żeby i dorośli zobaczyli, że dzisiaj powstają ciekawe i niebanalne filmy dla najmłodszych.

A jest to przede wszystkim niebanalna opowieść o przyjaźni dwóch outsiderów: biednego chłopca z wielodzietnej rodziny i córki ekscentrycznych literatów. W tle przewija się ubóstwo, szkodniki plądrujące szklarnię, surowy ojciec. Całej fabuły nie będę zdradzać. Powiem tylko tyle: to film szokujący. Tragizm ociera się tutaj o widownię. Dzieci czują wręcz zimny dotyk śmierci. Ale jednocześnie dzięki "Mostowi do Terabithii" mają szansę zauważyć coś, czego nie są w stanie dostrzec na co dzień: swoją rodzinę.

Niewykluczone, że po seansie zrozumieją, że oschłość ojca nie oznacza braku miłości, lecz pewną nieumiejętność w wyrażaniu uczuć w stosunku do jedynego syna. Docenią fakt, że za pomocą wyobraźni można się dobrze bawić, a co więcej, zmieniać rzeczywistość.

Nie ma tu żadnego Spider-Mana, który skopałby złych. Nie ma, bo nie ma złych, tylko są dzieci z różnymi problemami i charakterami. Nikogo się nie potępia, bo dostrzega się drugą stronę medalu i mimowolnie zaczyna się współczuć. Nikogo się nie karze, bo dochodzi się do wniosku, że prawdziwych winnych nie ma. To wielkie zaskoczenie, że coś, co zapowiadało kolejnego "Eragona" czy inną sieczkę, okazało się mądrą, zabawną i smutną na przemian opowieścią o radzeniu sobie w świecie, o przyjaźni i o potędze umysłu.

Dla ośmiolatka wychowanego na Cartoon Network i innych "dziecięcych" kanałach ten film będzie szokiem. Albo - w przypadku tych już kompletnie zaprogramowanych - okaże się nudny i "nie na temat". Jakby na złość im zdaniem kluczowym, które pada w pewnej chwili, jest "Zamknij oczy i otwórz szeroko umysł". Można je uznać za motto filmu, a także za okrzyk walczących o książki i wyobraźnię ze smokiem popkultury. Trzeba wierzyć, że dzięki takim filmom choćby i nieliczni widzowie faktycznie "otworzą umysł" na świat i zaczną szukać, zamiast odbierać gotowe odpowiedzi. Trzeba wierzyć, że ci niektórzy zrozumieją, że rzeczywistość to nie telewizja, lecz my.

Miałam tę niewątpliwą przyjemność, jaką jest obecność tabunu chłopców z pierwszych klas szkoły podstawowej uzbrojonych w popcorn, coca-colę i zaproszenia urodzinowe za plecami. Na plus filmu powiem, że równie zniecierpliwionych dzieci dawno nie widziałam. Cały czas czekali na obiecane fajerwerki. Potem podzielili się: jedni umilkli, a drudzy mieli serdecznie dość. Raz po raz padały tylko pytania: "kiedy wreszcie?". To spodziewane "kiedy" nie nastąpiło nigdy, ale siedząca obok mnie dziewczynka popłakała się, gdy bohater faktycznie dotknął "drugiej strony" - śmierci.