Film sądowy to jeden z najpopularniejszych gatunków filmowych. W Ameryce, Europie…, ale nie w Polsce.

Wiesław Saniewski: Być może utarło się przekonanie, że proces sądowy nie dostarcza kinu wystarczająco dynamicznej dramaturgii. To, co się teraz dzieje w Polsce, jest bardzo często karykaturą sądu. Oskarżeni nie są w stanie ani się obronić, ani wytłumaczyć. Są winni i już. Jest to zjawisko porażające. Dziennikarscy i polityczni Katoni nie mają żadnych wątpliwości, a znacznej części społeczeństwa bardzo się to podoba. Chcą igrzysk, więc je mają. Na szczęście większość Polaków jest tym coraz bardziej zmęczona i zniesmaczona. Najbardziej przeraża pycha i arogancja tych, którzy z taką łatwością ferują w prasie swoje wyroki, bazując przede wszystkim na ubeckich aktach. O nich także opowiada mój film: o ludziach, którzy osądzają innych.

Nie zawsze sprawiedliwie.
Niestety, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości też są omylni. Czasem na ich decyzje mają wpływ okoliczności zewnętrzne, różnego rodzaju naciski, a także osobiste przeżycia i światopogląd. Najgorzej, gdy prawo traktowane jest instrumentalnie, zwłaszcza przez polityków. Kiedy służy do wymierzania swoiście pojmowanej sprawiedliwości, z którą nie ma nic wspólnego. Niezawisłość sądu jest wtedy iluzją.

W filmie na tę samą historię patrzymy z kilku stron.

Bohater, Łukasz, jest młodym absolwentem prawa, ale z licznymi wątpliwościami. Znany mecenas Michał Wilczek ma przekonać go do zawodu. Nie ma zamiaru tego robić. Opowiada mu trzy historie ze swojej praktyki, trzy warianty jednej sprawy.

Rozmowy Wilczka z chłopakiem to taki mefistofelesowski pakt na wspak. Wilczek cynicznie kusi Łukasza do złego, ale w konsekwencji prowokuje w chłopcu dobro. I sam się zmienia.

Wilczek przegrał swoje życie. Bronię go jako człowieka słabego, który zasługuje na próbę zrozumienia. Nie znaczy to, że go usprawiedliwiam. W jednej z najważniejszych scen w filmie adwokat przyznaje, że "najtrudniej sądzić innych, kiedy ma się kłopoty z sobą".

W filmie przypomina pan "Powiększenie" Antonioniego.

Nie tylko dlatego, że jest to dla mnie jeden z najważniejszych twórców. Scena gry w tenisa bez piłki pełni w moim filmie ważną rolę dramaturgiczną. Gdy Łukasz staje przed życiową decyzją: wziąć udział w grze, jaka jest udziałem każdego prawnika, czy zrezygnować, przypomina sobie scenę z "Powiększenia"... I podnosi nieistniejącą piłkę.

"Bezmiar…" to jeden z niewielu filmów, którego bohaterami są inteligenci, którymi polskie kino przestało się interesować.

Kino polskie w ostatnich latach to albo banalne, grające na emocjach filmy społeczne, albo rozrywka na poziomie telenoweli. Inteligencki bohater, problem skłaniający do głębszej refleksji to coraz większa rzadkość. W tym sensie jest ono eskapistyczne, tanie i tchórzliwe.

Michała Wilczka wspaniale zagrał Jan Frycz.

Śmiem twierdzić, że to jedna z największych ról w powojennej historii polskiego kina. Frycz to wszechstronny, kreatywny aktor. Ma absolutny słuch na dialog. Miałem szczęście do aktorów.

Skąd pomysł na epizod Krystyny Sienkiewicz?

Dosłownie spadł mi z nieba. Scena w restauracji, grana przez Danusię Stenkę i Janka Frycza, była cytatem słynnej erotycznej rozmowy z "Kiedy Harry poznał Sally". Potrzebowałem widza na sali, który by zareagował na nią z oburzeniem. Krystynę Sienkiewicz z jej cudowną, plastyczną twarzą zesłał mi chyba anioł w przeddzień zdjęć.

A myślał pan kiedyś o karierze prawnika?

Byłbym kiepskim sędzią. Miałbym zbyt wiele wątpliwości.