Statystyki pokazują, że te przyznawane przez zagranicznych dziennikarzy z całego świata wyróżnienia niemal w 90 proc. pokrywają się z wręczanymi miesiąc później nagrodami Amerykańskiej Akademii Filmowej. Stąd ich nieoficjalna nazwa „Małe Oscary”. Nie zawsze trafione bywają najważniejsze wyróżnienia oraz Globy przyznawane za kreacje aktorskie. Głównie dlatego, że Złote Globy rozgraniczają wyróżnienia dla dramatu i komedii oraz najlepszych aktorów obu kategorii, Akademia zaś wskazać może jednego tylko laureata. Ponadto krytycy przyznający Globy są znacznie mniej „politycznie poprawni” niż Akademicy – najlepiej tę różnicę oddają ubiegłoroczne nagrody w głównych kategoriach – niemal wszystkie najważniejsze Globy, w tym dla najlepszego filmu, zgarnął obraz Anga Lee „Tajemnica Brokeback Mountain”, love story o parze kowbojów. Główny Oscar przypadł jednak słabszemu, do bólu poprawnemu politycznie „Miastu gniewu”.

Złote Globy po raz pierwszy przyznano na początku 1944 roku, 15 lat po pierwszym rozdaniu oscarowym. Od 1956 roku, poza nagrodami dla filmów kinowych, osobno przyznawane są również Globy telewizyjne. Prestiż nagrody rośnie z roku na rok, zaś pomiędzy organizatorami obu imprez pojawiło się coś na kształt niezdrowej rywalizacji – jedni starają się pomniejszyć prestiż drugich. Akademicy zorientowawszy się, do jakiego stopnia Złote Globy „dyktują” kierunek wyboru ich członkom, poczuli się zagrożeni. Stąd przesunięcie oscarowego święta na wcześniejszy niż przed laty termin, by jak najszybciej przyćmić uroczystość Złotych Globów. Sprytny manewr na niewiele się zdał, skoro laureaci obu wyróżnień z każdym rokiem bardziej pokrywają się z sobą.

W tym roku Globy zdominował „Babel”, wielowątkowa opowieść Alejandra Gonzaleza Inarritu, która zgromadziła aż siedem nominacji. Walkę o tytuł najlepszego tegorocznego dramatu obraz Meksykanina stoczy z „Infiltracją” Martina Scorsese, „Małymi dziećmi” Todda Fielda oraz „Bobbym” Emilio Esteveza i „Królową” Stephena Frearsa. Bukmacherzy – równie aktywni jak przy okazji Oscarów – obstawiają niemal po równo szanse filmów „Babel” i „Infiltracja”, a tuż za nimi plasuje się „Królowa”, która może okazać się „czarnym koniem” wyróżnień. W kategorii komedia lub musical bezkonkurencyjny okazuje się „Dreamgirls” Billa Condona, który nie będzie się chyba jednak liczył w walce o najważniejszego Oscara.

Drugą pod względem prestiżu kategorią jest Glob za reżyserię, gdzie po raz kolejny faworytem jest Martin Scorsese (w 2004 r. jego „Aviatora” uhonorowano Złotym Globem, ale Oscar przypadł filmowi Eastwooda „Za wszelką cenę”). Scorsese ledwie „o włos” wyprzedza jednak Inarritu, a tuż za nimi czai się Clint Eastwood aż z dwoma nominacjami: za „Sztandar chwały” i „Listy z Iwo Jima”. W kategorii najlepsza aktorka głosy bukmacherów zgarnia Helen Mirren za tytułową rolę w „Królowej” i ona też jest faworytką do Oscara. Zagrozić jej może wyłącznie piękna Penélope Cruz, laureatka Europejskiej Nagrody Filmowej za „Volver” Almodóvara. Sam Almodovar to z kolei faworyt kategorii najlepszy obraz zagraniczny, zarówno w przypadku Globów jak i Oscarów. Amerykanie uwielbiają jego filmy i obsypują go nagrodami, z tym że wśród krytyków przyznających Globy wyżej notowane jest niemieckie „Życie na podsłuchu”.

Wszystko wskazuje na to, że wśród panów rywalizacja o Złoty Glob (i zapewne Oscara) rozegra się pomiędzy Forestem Whitakerem („Ostatni król Szkocji”) i Leonardem DiCaprio mającym na koncie aż dwie nominacje – za „Infiltrację” oraz przygodowy „Krwawy diament”. Złoty Glob otrzyma także aktor grający w komedii lub musicalu i tu bukmacherzy typują Sachę Barona Cohena za film „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Wśród pań w komedii prym wiedzie Toni Collette („Mała miss”), chyba, że ktoś ma jeszcze siłę przyznać nagrodę Meryl Streep („Diabeł ubiera się u Prady”), rekordzistce, która ma na koncie 23 nominacje do Złotego Globu i 5 statuetek na koncie.

Z liczących się kategorii warto wspomnieć jeszcze o najlepszym scenariuszu, który wedle znawców zgarnie albo Guillermo Arriaga za „Babel” albo Peter Morgan za „Królową”. Tak też prawdopodobnie będzie wyglądało „ostateczne rozdanie” w oscarowym wyścigu. Na ile „gdybania” bukmacherów i krytyków sprawdzą się (dla tych pierwszych chybiony „strzał” wiąże się czasami z utrata sporej gotówki), dowiemy się bladym świtem naszego czasu już jutro. Ceremonia w Los Angeles rozpocznie się bowiem – licząc według czasu środkowoeuropejskiego – o 5 nad ranem i potrwa do 8. Wielka szkoda, że tradycyjnie wśród nominowanych nie znalazł się żaden obraz rodzimej produkcji.