Po planowanym filmie Guillerma del Toro nie należy oczekiwać takich ekstrawagancji. Jeśli produkcja "W górach szaleństwa" dojdzie do skutku, powstanie wysokobudżetowe, trzymające w napięciu widowisko, bliskie jednak duchowi powieści Lovecrafta.

Elżbieta Ciapara: Jest pan nazywany królem współczesnego kina grozy.

Guillermo del Toro: Kiedyś babka, oglądając szkice do mojego kolejnego filmu, zapytała mnie: "Dlaczego nie możesz zrobić filmu, który będzie ładny? Dlaczego nie stworzysz czegoś pięknego?". Odpowiedziałem jej: "Dla mnie właśnie to jest piękne". Przemoc i groza są na świecie równie rozpowszechnione jak kwiaty i dobroć. Jeszcze jako dziecko uważałem, że moim żywiołem jest kino grozy. Ale im więcej robię takich filmów, tym mniej interesuje mnie straszenie widza. Wolę go przerażać, sprawiać, by przechodziły go ciarki, by czuł się niepewnie. Od dosłowności coraz bardziej wolę tworzenie nastroju.

Podobno marzy pan o sfilmowaniu "W górach szaleństwa" H.P. Lovecrafta?
Tak, wciąż mam nadzieję, że uda mi się zrobić ten film. Ale mogę go zrobić tylko w Ameryce, bo to musi być film z wysokim, nawet bardzo wysokim budżetem. Trochę się boję, że może być nie do przełknięcia dla Hollywood - metaforyczna opowieść o szaleństwie, jakie ogarnia ludzkość, z bardzo przygnębiającym finałem to nie jest coś, co lubią hollywoodzcy decydenci. Poza tym wciąż boję się, że ktoś mnie ubiegnie, że jutro na pierwszej stronie "Variety" przeczytam, że ktoś inny kręci mój wymarzony film.

Skąd ta fascynacja Lovecraftem?
To był prawdziwy geniusz, jeśli chodzi o świat grozy. Ubolewam, że kino coraz rzadziej korzysta z jego pomysłów. Dla mnie idealnymi Lovecraftowskimi horrorami byli "Obcy - ósmy pasażer Nostromo" Ridleya Scotta i "Opętanie" Andrzeja Żuławskiego.